Dziecięca naiwność

Mark Twain

FERALNY KRĄŻEK

Krisek:
Umieściłem tu całe opowiadanie Marka Twaina. Był on bystrym obserwatorem życia i inteligentnym jego komentatorem. Jego słowa docierały zarówno do intelektu, jak i do serca. „Feralny krążek” to zarazem opowieść o odpowiedzialności oraz następstwach jej braku, jak i ważną uwagą do alternatywnych sposobów patrzenia na tę samą rzeczywistość. Naiwna a emocjonalna prostota dziecięcych zachowań mocno różni się od dorosłego, kostycznego, fatalistycznego działania. Dorastając koncentrujemy się na własnej sprawczości, bywa jednak, że motywem jest co innego niż pożyteczna skuteczność — zaznaczenie własnego ego. Mark
Twain dodał taką informację o tej historii: 

Tematem tej opowieści jest wzruszające zdarzenie, o którym wspomina Carlyle
w swoich „Listach i mowach Oliviera Cromwella”.

1.

Działo się to w czasach Cromwella. Pułkownik Mayfair był najmłodszym oficerem
w wojskach Republiki, jako że miał lat zaledwie trzydzieści. Ale choć tak młody,
był weteranem o twarzy spalonej wichrami i zniszczonej wojną, rozpoczął bowiem żołnierskie życie w wieku lat siedemnastu. Walczył w niezliczonych bitwach i swój wysoki stopień w służbie i szacunek żołnierzy zdobywał krok za krokiem dzielnością na polu walki. Ale teraz znajdował się w ciężkich tarapatach. Cień padł na jego życie.

Zbliżał się wieczór zimowy, na zewnątrz było mroczno i huczał wiatr, w domu panowała melancholijna cisza, bo pułkownik i jego młoda żona powiedzieli już wszystko, co mieli do powiedzenia o swoim smutku, odczytali wieczorny rozdział
z Biblii, odmówili wieczorną modlitwę i teraz pozostało im już tylko siedzieć ze złączonymi dłońmi, wpatrywać się w ogień, myśleć i czekać. Wiedzieli, że nie będą czekać długo, i żona drżała na myśl o tym.

Mieli jedno dziecko, siedmioletnią Abby, którą ubóstwiali. Niebawem przyjdzie ucałować ich na dobranoc. Pułkownik przerwał milczenie, powiedział:

– Osusz łzy i ze względu na nią postarajmy się udawać, że jesteśmy szczęśliwi. Musimy na chwilę zapomnieć o tym, co się mazdarzyć.

– Tak, tak, zatrzymam łzy w sercu, które pęka.

– I przyjmiemy to, co jest nam przeznaczone, z cierpliwością, ponieważ wiemy,
że cokolwiek On robi, jest sprawiedliwe i dla naszego dobra…

– Powtarzając sobie „Niech się dzieje wola Jego!” Mogę w te słowa włożyć całą duszę i wszystkie myśli, ale nie całe serce. O, gdybym mogła! Gdyby ta ręka,
którą ściskam i całuję po raz ostatni…

– Pst! Idzie!

Mała postać z główką w lokach, ubrana w nocną koszulę, wśliznęła się przez drzwi
i podbiegła do ojca, a on przytulił ją gwałtownie do piersi i pocałował raz, drugi, trzeci.

– Tatku, nie całuj mnie tak! Potargałeś mi włosy.

– Och, jak mi przykro… jak mi przykro! Przebaczysz mi, kochanie?

– Naturalnie, tatku. Ale powiedz, jest ci naprawdę przykro? Nie udajesz,
jest ci przykro?

– Osądź sama, Abby — rzekł i zasłoniwszy twarz rękami udawał, że szlocha. Na widok tego rozpaczliwego smutku, którego stała się przyczyną, obudziły się w małej wyrzuty sumienia, więc sama wybuchnęła płaczem i zaczęła szarpać ręce ojca wołając:

– Och, nie płacz, tatku, proszę cię, nie płacz. Abby nie mówiła tego poważnie. Abby nigdy już tego nie zrobi. Proszę cię, tatku! — Szarpiąc i usiłując rozdzielić palce ojca mała dojrzała przelotnie w szparze między palcami jedno suche oko i wykrzyknęła:

– Och, ty niegodziwy tatku! Wcale nie płaczesz i cały czas udawałeś!

Abby pójdzie teraz do mamusi. Jesteś dla Abby niedobry! Już miała zsunąć się
z kolan, ale ojciec opasał ją ramionami i rzekł:

– Nie, zostań ze mną, kochanie. Tatko był niegodziwy, przyznaje się do tego i jest mu przykro… pozwól, że scałuje ci teraz łzy z oczu… i poprosi Abby o przebaczenie, i za karę zrobi wszystko, czego Abby od niego zażąda. No proszę,
łzy już wszystkie scałowane, ani jeden loczek nie potargany i wszystko, czego Abby zażąda…

Zapanowała znów zgoda i w ciągu jednej chwili słoneczny blask rozpromienił twarzyczkę dziewczynki. Głaskała ojca po policzku i zaraz też wymierzyła mu karę:

– Bajka! Bajka!

Pst!

Dorośli wstrzymali oddech i nasłuchiwali. Odgłos kroków zaledwie słyszalny między podmuchami wiatru! Zbliżały się, coraz głośniejsze, głośniejsze, a potem przeszły obok i zaczęły się oddalać.

Dorośli odetchnęli głęboko, z ulgą, i tatko rzekł:

– Mam ci opowiedzieć bajkę? Wesołą?

– Nie, tatku. Straszną.

Ojciec usiłował namówić Abby na historyjkę wesołą, ale ona obstawała przy swoich prawach — zawarli umowę, że otrzyma wszystko, czego zażąda. Był dobrym purytaninem i żołnierzem i wiedział, że musi dotrzymać danego słowa. Mała powiedziała:

– Tatku, nie możemy mieć zawsze wesołych bajek. Niania mówi, że ludzie mają czasem smutne życie. Czy to prawda, tatku? Ona tak mówi.

Mama westchnęła i znów pobiegła myślami do swoich zmartwień. Ojciec rzekł łagodnie:

– To prawda, dziecino, ludzie miewają zmartwienia. Smutne to, ale tak już jest
w życiu.

– W takim razie opowiedz mi o nich, tatku… opowiedz mi straszną bajkę, taką, żebyśmy wszyscy dygotali i żeby się nam zdawało, że to o nas. Mamusiu, przysuń się tu do mnie i do tatusia i weź Abby za rękę, bo wiesz, jak się zrobi naprawdę strasznie, przytulimy się wszyscy do siebie i będzie nam to łatwiej znieść.
Teraz możesz zacząć, tatku.

– Kiedyś, dawno temu, byli trzej pułkownicy…

– Och, pysznie. Umiem rozpoznać pułkowników, najłatwiejsza rzecz na świecie!
To dlatego, że ty jesteś pułkownikiem… i wiem, jakie noszą mundury. Mów, tatku!

– No więc na polu bitwy popełnili wykroczenie przeciwko dyscyplinie wojskowej.

Te obce i dziwne słowa miło zabrzmiały w uchu małej. Podniosła wzrok, zdumiona
i zainteresowana, i spytała:

– Czy to jest coś dobrego do jedzenia, tatku?

Rodzice nieomalże się uśmiechnęli i ojciec odparł:

– Nie, to coś zupełnie innego. Przekroczyli swoje kompetencje.

– Czy to jest coś…

– Nie, to też nie jest do jedzenia. W bitwie, która przechylała się na ich niekorzyść, otrzymali rozkaz symulowania ataku na silnie bronioną pozycję nieprzyjaciela,
po to, żeby ściągnąć na siebie wrogie wojska i dać w ten sposób armiom Republiki szansę odwrotu. Jednakże w zapale przekroczyli rozkazy, bo atak symulowany zmienili w atak prawdziwy, szturmem zdobyli umocnione pozycje i wygrali bitwę. Lorda Generała bardzo rozgniewało ich nieposłuszeństwo i nie miał dość słów pochwały dla nich, i kazał im się stawić w Londynie, gdzie będą sądzeni i mogą swoją winę przypłacić życiem.

– Tatku, czy mówisz o wielkim generale Cromwellu?

– Tak.

– Och, ja go widziałam, tatku! A jak przejeżdża koło naszego domu, wspaniały
na swoim ogromnym wierzchowcu, i dokoła niego wszyscy ci żołnierze, wydaje się taki… taki… och, nie umiem powiedzieć jaki, tylko tak patrzy, jakby był niezadowolony, i widać, że ludzie się go boją. Ale ja się nie boję, bo na mnie wcale tak nie patrzył.

– Och, ty kochana terkotko! No więc pułkownicy zostali przywiezieni pod strażą
do Londynu i tu puszczono ich na słowo, żeby po raz ostatni mogli się zobaczyć
z rodzi…

Pst!

Nasłuchiwali. Znowu kroki; ale znowu przeszły obok domu. Żona przytuliła głowę
do ramienia męża, żeby ukryć bladość.

– Przyjechali do Londynu dziś rano.

Dziecko rozwarło szeroko oczy.

– Tatku, to jest historia prawdziwa?

– Tak, kochanie.

– Och, wspaniale! Och, dlatego jest taka ciekawa! Tatku, mów dalej.
Mamusiu! Mamusiu najdroższa… ty płaczesz?

– Nie zwracaj na mnie uwagi, kochanie. Po prostu myślałam o tych biednych rodzinach.

– Niepotrzebnie płaczesz, mamusiu. Wszystko skończy się dobrze, zobaczysz.
W bajkach zawsze wszystko kończy się dobrze. Mów dalej, tatku.

– Najpierw zawieziono ich do Tower i dopiero stamtąd puszczono do domu.

– Och, wiem, jak wygląda Tower. Nawet widać całą twierdzę z naszych okien. Mówże dalej, tatku!

– Staram się, jak mogę, ale mi ciągle przerywasz. No więc w Tower sąd wojenny
po godzinnej naradzie uznał ich winnymi i skazał na śmierć przez rozstrzelanie.

– Mają być zabici, tatku?

– Tak, kochanie.

– Och, to okropne! Mamusiu najdroższa, ty znowu płaczesz! Przestań, mamusiu, zaraz wszystko skończy się dobrze. Pośpiesz się, tatku, ze względu na mamę.
Za wolno opowiadasz.

– Wiem, ale to chyba dlatego, że się tak ciągle zatrzymuję i zamyślam.

– Nie rób tego, tatku. Mów prędko dalej.

– Doskonale. No więc trzej pułkownicy…

– Znasz ich, tatku?

– Znam, córeczko.

– Och, tak żałuję, że ich nie znam! Kocham pułkowników! Myślisz, że pozwolą mi się pocałować? — Kiedy pułkownik przemówił, jego głos brzmiał trochę niepewnie.

– Jeden na pewno, dziecino. Pocałuj mnie teraz za niego.

– Uuum, tatku. A te dwa pocałunki to dla tamtych dwóch.

Myślę, że mi się pozwolą pocałować, bo powiem tak: „Mój tatko też jest pułkownikiem, bardzo dzielnym, i na pewno zrobiłby to samo co wy. Więc to nie może być nic złego, cokolwiek mówią ci panowie z sądu, i dlatego nie powinniście się ani trochę wstydzić”. I wtedy pozwolą mi się pocałować, prawda, tatku?

– Pozwolą, jak Bóg na niebie!

– Mamusiu, przestań… och, mamusiu, jak możesz? Zaraz dojdziemy do tego miejsca, gdzie się wszystko dobrze kończy. Mów dalej, tatku.

– Potem niektórym zrobiło się żal… właściwie wszystkim zrobiło się żal. Mam na myśli tych panów z sądu wojennego. Więc poszli do Lorda Generała i powiedzieli,
że spełnili swój obowiązek, bo to istotnie był ich obowiązek, a teraz proszą, żeby dwóm pułkownikom darować życie, a tylko trzeciego rozstrzelać. Uważali, że jeden wyrok śmierci wystarczy jako przestroga dla armii. Generał bardzo się rozsierdził
i zganił ich, że spełnili swój obowiązek i mają czyste sumienie, a teraz chcą go podstępnie namówić, żeby uczynił mniej niż oni, i w ten sposób splamił swój honor żołnierski. Ale oni odparli, że nie proszą go o coś, czego nie zrobiliby sami,
gdyby znajdowali się na jego zaszczytnym miejscu i posiadali szlachetną prerogatywę udzielania łaski skazanym. To jakoś do niego przemówiło, stał chwilę
w zamyśleniu, a jego surowa twarz odrobinę złagodniała. Poprosił, żeby zaczekali,
i poszedł do swego gabinetu, by w modlitwie szukać rady u Boga. A kiedy wrócił, rzekł: „Niech ciągną losy. To sprawę rozstrzygnie i dwaj będą żyli”.

– I ciągnęli losy, tatku?

– Nie, odmówili.

– Dlaczego?

– Uważają, że ten, który wyciągnie feralny los, sam, dobrowolnie, skaże się
na śmierć i że będzie to zwykłym samobójstwem, obojętne, jakby się to nazwało. Powiedzieli, że są chrześcijanami i że Pismo Święte zabrania ludziom pozbawiać się życia. Taką dali odpowiedź, jednocześnie oznajmiając, że są gotowi —
niechaj wyrok sądu będzie wykonany.

– Co to znaczy, tatku?

– Że wszyscy zostaną rozstrzelani.

Psss!

Wiatr? Nie. Stuk, stuk, stuk, stuk!

– Otwierać, w imię Lorda Generała!

– Och, wspaniale, tatku, to żołnierze! Przepadam za żołnierzami! Mogę im otworzyć?

Zeskoczyła na podłogę, podbiegła do drzwi i otworzyła je wołając radośnie:

– Wejdźcie, proszę! Przyszli, tatku! Grenadierzy! Znam mundury grenadierów!

Żołnierze weszli dwójkami i stanęli w szeregu, z bronią na ramieniu.
Oficer zasalutował, skazany na śmierć pułkownik odpowiedział tym samym.
Stał wyprostowany, jego żona stała u jego boku pobladła i z twarzą ściągniętą wewnętrznym bólem, ale nie zdradzała innych oznak rozpaczy. Dziecko przyglądało się tej scenie rozpromienionymi oczami.

Ojciec, matka i dziecko przywarli do siebie w jednym długim uścisku; i nagle rozkaz:

– Do Tower, naprzód marsz!

Pułkownik wyszedł z domu: krok wojskowy, postawa żołnierska. Grenadierzy pomaszerowali za pułkownikiem; zamknęły się za nimi drzwi.

 

2.

– Och, mamusiu, czy to nie skończyło się dobrze? Przecież ci mówiłam! I poszli
do Tower, więc tatko ich zobaczy. Tatko…

– Chodź do mnie, niech cię przytulę, moje ty niewinne biedactwo…

Nazajutrz powalona chorobą matka nie mogła wstać z łóżka.

Lekarze wraz z pielęgniarkami czuwali nad nią, od czasu do czasu porozumiewając się ściszonymi głosami. Abby nie pozwolono wejść do jej pokoju. Powiedziano jej, żeby się bawiła na dworze — matka jest bardzo chora. Dziewczynka, ubrana w ciepłe zimowe odzienie, wybiegła z domu i przechadzała się jakiś czas po ulicy. Potem nagle wydało jej się to dziwne i niewłaściwe, żeby tatko, nic o niczym nie wiedząc, przebywał w takiej chwili w Tower. Trzeba temu zaradzić. Już ona się tym zajmie.

W godzinę później wprowadzono sąd wojenny przed oblicze Lorda Generała.
Stał posępny i wyprostowany opierając się knykciami palców o biurko i dał przybyłym do zrozumienia, że jest gotów słuchać. Przewodniczący sądu rzekł:

– Namawialiśmy ich, żeby zmienili zdanie. Błagaliśmy ich. Ale oni obstają
przy swoim. Są gotowi umrzeć, lecz nie skalają swej wiary.

Twarz Lorda Protektora pociemniała, ale nie rzekł ani słowa.

Jakiś czas trwał pogrążony w myślach, po czym przemówił:

– Nie umrą wszyscy. Ktoś będzie za nich ciągnął losy. Twarze sędziów rozpromieniły się wdzięcznością. – Poślijcie po więźniów. Zaprowadźcie ich do tamtego pokoju. Niech staną jeden obok drugiego, twarzami do ściany i z rękami skrzyżowanymi
na plecach. Dajcie mi znać, jak już tam będą.

Kiedy został sam, usiadł i po chwili rzucił adiutantowi rozkaz:

– Idź i przyprowadź mi pierwsze dziecko, jakie zobaczysz na ulicy.

Zaledwie oficer wyszedł, już był z powrotem prowadząc za rękę małą Abby
w paletku lekko przyprószonym śniegiem. Podeszła prosto do głowy państwa,
tego srogiego człowieka, który samym dźwiękiem swojego imienia przyprawiał
o drżenie królestwa i monarchie świata, wdrapała mu się na kolana i rzekła:

– Znam cię, panie, jesteś Lordem Generałem. Widziałam cię już, kiedy przejeżdżałeś koło mojego domu. Wszyscy się bali, ale ja się nie  bałam, bo jak spojrzałeś na mnie, wcale nie byłeś zły. Pamiętasz, panie, prawda? Miałam na sobie czerwoną sukienkę… taką z niebieskim haftem. Nie pamiętasz tego?

Uśmiech złagodził surowe rysy twarzy. Lord Protektor mozolił się szukając dyplomatycznej odpowiedzi:

– Zaraz, niech sobie przypomnę… bo ja…

– Stałam przed samym domem, moim domem.

– Widzisz, kochane maleństwo, powinienem się wstydzić, ale…

Dziecko przerwało mu wołając z wyrzutem:

– Więc nie pamiętasz, a przecież ja nie zapomniałam!

– Naprawdę mi wstyd. Ale teraz nigdy cię nie zapomnę, kochana dziecino. Daję ci
na to moje słowo. Przebaczysz mi, prawda, i będziemy przyjaciółmi do końca życia?

– Tak, naturalnie, chociaż dalej nie rozumiem, jak mogłeś zapomnieć. Masz pewnie złą pamięć. Ja czasem też zapominam. Ale wybaczę ci bez najmniejszego trudu,
bo mi się zdaje, że ty chcesz być dobry i chcesz słusznie postępować… i myślę,
że właściwie jesteś miły. Ale musisz mnie mocniej przytulić, jak tatko to robi,
bo tu u ciebie zimno.

– Przytulę cię z największą radością, moja maleńka nowa przyjaciółko.
Od dzisiaj będziesz moją najlepszą przyjaciółką, prawda? Przypominasz mi moją córeczkę… teraz już dużą… ale w dzieciństwie była jak ty czarująca, serdeczna i śliczna. I miała twój wdzięk, maleńka czarodziejko… twoją wszystko zwyciężającą ufność zarówno do przyjaciela, jak do ludzi obcych, która bierze w chętną niewolę każdego, komu ofiaruje swój bezcenny dar. Leżała w moich ramionach jak ty leżysz teraz, i swoim czarem wypędzała znużenie i troski z mego serca i napełniała je spokojem, jak ty to czynisz teraz. Byliśmy sobie równi, byliśmy przyjaciółmi, byliśmy towarzyszami zabaw. Upłynęły wieki, odkąd wyblakł i zniknął ten mój rajski ogród, a tyś go przywołała z niepamięci. Przyjmij błogosławieństwo człowieka obarczonego troskami, maleńka istoto, która dźwigasz ciężar Anglii,
kiedy ja odpoczywam!

– Czy kochałeś ją bardzo mocno, z całej siły?

– Sama osądź: ona rozkazywała, ja słuchałem.

– Uważam, że jesteś strasznie miły. Pocałujesz mnie?

– Z radością… i uznam to za przywilej… Ten pocałunek dla ciebie, a ten dla niej. Poprosiłaś, żebym cię pocałował, a mogłaś była mi rozkazywać, bo zastępujesz mi moją małą córeczkę, i każdy twój rozkaz musi być wykonany.

Dziecko zaczęło klaskać, zachwycone tym zaszczytnym awansem, lecz nagle usłyszało zbliżające się odgłosy – miarowy krok maszerujących żołnierzy.

– Żołnierze, żołnierze, Lordzie Generale! Abby chce ich zobaczyć!

– Zobaczysz ich, kochanie. Ale zaczekaj chwilę, mam dla ciebie pewne polecenie.

Wszedł oficer i skłoniwszy się nisko rzekł:

– Są tutaj, wasza wysokość – po czym z ukłonem wycofał się z pokoju.

Lord Protektor wręczył Abby trzy małe krążki z wosku, dwa białe i jeden krwistoczerwony. Przeznaczeniem tego trzeciego było wymierzyć śmierć pułkownikowi, który go otrzyma.

– Och, jaki śliczny ten czerwony! Czy to dla mnie?

– Nie, dziecino, dla kogoś innego. Podnieś róg zasłony, o… tam… za którą są otwarte drzwi, a jak przez nie przejdziesz, zobaczysz trzech mężczyzn stojących
w rzędzie, plecami do ciebie i trzymających ręce z tyłu… o, tak, każdy z jedną dłonią stuloną… o, tak. Na każdej z tych otwartych dłoni połóż jeden krążek,
a potem wróć do mnie.

Abby zniknęła za zasłoną i Lord Protektor został sam. Powiedział z głęboką czcią:

– Rzecz to pewna, iż w moim pomieszaniu natchnął mnie tą zbawienną myślą On, który jest wszechmocnym ratunkiem dla będących w niepewności i szukających
Jego pomocy. On wie, na kogo powinien paść wybór, i przysłał to maleństwo, bezgrzesznego posłańca, aby spełniło Jego wolę. Ktoś inny mógłby zbłądzić,
ale nie On. Cudowne są Jego czyny, i mądre — błogosławione Jego święte imię!

Opuściwszy za sobą kotarę mała czarodziejka stała kilka chwil przyglądając się
z żywą ciekawością wnętrzu izby skazańców i wyprężonym postaciom żołnierzy
i więźniów. Nagle radość zajaśniała na jej twarzyczce i Abby zawołała w duchu: „Przecież jeden z nich to mój tatko! Poznaję jego plecy.. Dostanie najładniejszy krążek”.

Podbiegła wesoło, wsunęła krążek w jego otwartą dłoń i wychyliwszy się
spod ramienia ojca uniosła ku niemu roześmianą twarz.

– Tatku, tatku! — zawołała. — Popatrz, co dostałeś! Dałam ci ten najładniejszy!

Pułkownik spojrzał na nieszczęsny podarek, osunął się na kolana i w udręce miłości
i litości przygarnął do piersi swego małego kata. Żołnierze, oficerowie, uwolnieni jeńcy — wszyscy stali czas jakiś bez ruchu, sparaliżowani ogromem tej tragedii,
lecz potem żałosny widok przeszył im serca, oczy napełniły się łzami i płakali nie wstydząc się łez. Przez kilka chwil panowało w komnacie głębokie, pełne szacunku milczenie, w końcu jednak dowódca straży wystąpił naprzód, z ociąganiem,
położył dłoń na ramieniu więźnia i rzekł łagodnie:

– Boleję nad tym, panie, lecz obowiązek nagli.

– Do czego nagli? — spytało dziecko.

– Muszę pułkownika stąd wyprowadzić. Przykro mi.

– Wyprowadzić? Dokąd?

– Do… do… zmiłuj się nade mną, Panie!… do innej części twierdzy.

– Nie pozwalam! Moja mamusia jest chora i to ja zabieram tatkę do domu.

Uwolniła się z objęć ojca, wspięła mu się na ramiona i objęła go za szyję.

– Abby jest gotowa, tatku… chodźmy.

– Moja nieszczęsna dziecino, nie mogę. Muszę pójść z nimi.

Dziewczynka zeskoczyła na posadzkę i zaczęła rozglądać się zdziwiona.
Wreszcie podbiegła do oficera, stanęła przed nim, tupnęła nóżką i zawołała
z oburzeniem:

– Mówiłam ci, panie, że moja mamusia jest chora, trzeba ci było słuchać uważnie. Puść go, musisz!

– Och, moje biedne dziecię, Bóg mi świadkiem, że pragnąłbym tego, ale muszę
go wyprowadzić. Straże, baczność… wyrównać szereg… na ramię broń!…

Abby wybiegła szybko jak błysk światła. Po chwili wróciła ciągnąc za rękę Lorda Protektora. Na widok tej potężnej osobistości wszyscy obecni wyprężyli się, oficerowie zasalutowali, żołnierze sprezentowali broń.

– Nie pozwól im, panie! Moja mamusia jest chora i chce, żeby tatko był w domu… mówiłam im to, ale oni nawet nie słuchali i chcą go zabrać.

Lord Generał stał z wyrazem oszołomienia na twarzy.

– Twój tatko, maleńka? To jest twój ojciec?

– Pewnie, jest i zawsze nim był! Dałabym ten śliczny czerwony krążek komuś innemu, kiedy go tak bardzo kocham?

Zgroza odmalowała się na twarzy Lorda Protektora.

– Zlituj się nade mną, o Boże miłosierny! Na skutek podstępów szatana uczyniłem najokrutniejszą rzecz, jaką człowiek może uczynić. I teraz nie ma ratunku,
nie ma ratunku! Cóż ja mam począć?

Abby, zdenerwowana i zniecierpliwiona, zawołała:

– Przecież możesz im kazać, żeby go puścili! – I wybuchnęła płaczem.

– Powiedz im, żeby go puścili! Mówiłeś, że mam ci rozkazywać, a jak teraz pierwszy raz chcę, żebyś coś zrobił, to odmawiasz!

Łagodne światło rozjaśniło starą, grubo ciosaną twarz. Lord Generał położył dłoń
na głowie małego tyrana i rzekł:

– Bogu niech będą dzięki za ten zbawienny traf bezmyślnej obietnicy. I tobie niech będą dzięki, o niezwykła dziecino, że natchniona przez Niego przypomniałaś mi
o zobowiązaniu, które mi wypadło z pamięci. Panie oficerze, wykonaj jej rozkaz… to dziecko przemawia w moim imieniu. Więzień jest ułaskawiony, proszę go uwolnić!

Wspominki o wizjach tego, co robimy

Poniższy cytat z artykułu Dariusza Chętkowskiego oraz komentarzy wstawiłem tu… na swoją chwałę. Z zadowoleniem stwierdzam, że moje dyskusje na Facebooku prowadzą do wspólnego dogadania się bez pozostawienia za plecami stosiku ofiar. Ta dyskusja pochodzi z blogu.

Chcę zwrócić uwagę na temat oraz rozmaite podejścia. Bardzo podobnie jest w survivalu. Wśród pedagogów panuje pogląd, że uczniowie i klasy to takie obiekty, które trzeba okiełznać. „Okiełznanie” oznacza zbroję, tarczę i miecz oraz pewnego rumaka, który w porę wyniesie nas z bitewnego zamieszania, byśmy potem mogli przy kufelku pokazywać nowozdobyte rany. Survivalowcom potrzeba ran, inaczej to co robili, jest bez sensu.

A ja tymczasem – nie wiadomo czemu – przechodziłem przez burze nie poraniony. Widać kompletnie do dupy jestem…

 


Co może nauczyciel?

Dariusz Chętkowski

9.09.2015
środa

Początek roku szkolnego zaowocował licznymi wywiadami z osobami, które radzą nauczycielom, jak mają pracować. Jeden z ciekawszych ukazał się w Głosie Nauczycielskim” i nosi tytuł „Szkoła wiele może”(fragment tutaj).

Nauczyciele nie znoszą, gdy ktoś próbuje nimi pokierować. W ogóle w tym zawodzie tylko jedna rada cieszy uznaniem, a brzmi ona tak: „Chcesz dobrej rady? No to posłuchaj: ‚Nie słuchaj żadnych rad’”. Kto więc decyduje się pouczać nauczycieli, ten albo nie ma pojęcia o naszej grupie zawodowej, albo można mu pozazdrościć tupetu.

W tekście „Szkoła wiele może” rad udziela prof. Jacek Pyżalski, pedagog, którego bardzo cenię. Nie powiem, nieźle się to czyta, np. że trzeba tworzyć pozytywne relacje z uczniami, ale co z tego? Jakiś czas temu miałem na jednej ze swoich lekcji gościa. Popatrzył na klasę, ocenił zachowania uczniów, moją relację z nimi, a potem poradził: „Powinien pan schamieć”. Od razu dodam, że mój gość był równie, no może odrobinę mniej utytułowanym pedagogiem, co prof. Pyżalski. Kogo powinienem posłuchać?

Nauczyciele dostają mnóstwo rad, niestety, sprzecznych. Oczywiście, serce podpowiada mi, aby posłuchać rady Jacka Pyżalskiego i budować pozytywne relacje z uczniami. Gdzieś jednak z boku słyszę podszept, że może ten drugi profesor ma rację. Może korzystniej będzie schamieć? A może po prostu być sobą i nie słuchać żadnych rad?


KOMENTARZE: 11

 

  1. belferxxx
    9 września o godz. 17:00 245819

Ciekawe kiedy pan Pyżalski (i podobni mu utytułowani teoretycy-doktrynerzy od pedagogiki!) był po maturze w prawdziwej szkole? Ciekawe czy i kiedy prowadził jakieś zajęcia w rejonowym gimnazjum (z uczniami!), czy spotykał się z grupą roszczeniowych i przekonanych o własnej wszechwiedzy nowobogackich rodziców ? Jeśli nie, to jest on zwykłym, pasożytującym na naszych podatkach darmozjadem! Jeśli idę do profesora medycyny, to wiem, że on w życiu leczył i że nadal umie to robić lepiej od przeciętnego lekarza. A profesor pedagogiki zwykle pisał wyłącznie doktrynerskie dysertacje oderwane od realiów …

 

  1. zza kałuży
    9 września o godz. 17:16 245820

To zależy z kim ma się do czynienia.

Królewiątkom rozpuszczonym jak dziadowski bicz trochę dyscypliny może się przydać. Poturbowani przez „życie” potrzebują raczej „przytulenia”.

**http://borchardt.com.pl/roza.html

Opowiadanie „Pod białą różą”, str. 81-85

 

  1. kaesjot
    9 września o godz. 20:03 245821

zza kałuży – rady Twoje słuszne, tyle, że dzisiaj „trochę dyscypliny” może być uznane za przemoc wobec ucznia a „przytulanie” za molestowanie, pedofilie itp.

Do tego doszło !!!

 

  1. Jacek Pyżalski
    10 września o godz. 20:47 245822

Starałem się nie brzmieć mentorsko – w wychowaniu nie ma takich, którzy wiedzą zawsze lepiej – zbyt dużo czynników wpływa na konkretną sytuację. Czy w takim razie ma w ogóle sens dzielić się swoim doświadczeniem, uczyć się od siebie? Myślę, że tak – po 15 latach pokazywania tego co sam starałem się robić i staram się robić, kiedy pracuję z młodzieżą (zarówno w kontekście sukcesów, jak i bardzo często spektakularnych porażek) – spotykam ludzi, którym coś pokazałem np. 10 lat temu i nauczyli się czegoś na moim doświadczeniu (złym i dobrym) i jakieś konkretne działania stosują z powodzeniem. Z drugiej strony zauważam, że dominuje biblijna zasada – ci, który już mają, biorą z takiej wymiany więcej (tzn.nauczyciele refleksyjni poszukujący, krytyczni wobec siebie). A jak ktoś nie szuka, to ciągle nie do końca wiem, jak to zrobić, żeby zaczął poszukiwać. Z drugiej strony sam wiem ile zawdzięczam nauczycielom, z którymi pracowałem jako początkujący pedagog – od ilu osób sam nauczyłem się i uczę wciąż wielu rzeczy. Trudne wychowawczo i komunikacyjnie sytuacje w szkole to poważny stresor zawodowy, związany z bardzo silnymi często negatywnymi emocjami, szczególnie wtedy, gdy jesteśmy sami bez wsparcia innych. Gospodarz pyta, czy warto „schamieć” (retorycznie chyba pyta. Nie warto! Choć w niektórych sytuacjach warto wykazać się determinacją i zdecydowaniem (oby wyjątkowo i nie jako reguła relacji). Generalnie szeroki temat – ale uważam, że ogromnie ważny dla pedagogiki. Pozdrawiam serdecznie!

 

  1. Dariusz Chętkowski
    11 września o godz. 11:06 245823

Panie Profesorze, bardzo dziękuję za komentarz. Postaram się nie chamieć.

Pozdrawiam – Gospodarz

 

  1. Dulek
    11 września o godz. 17:46 245826

Do belferxxx: Stanowczo protestuję przeciwko nazywaniu prof. Pyżalskiego teoretykiem i darmozjadem. Pan profesor nieraz opowiadał o różnych sytuacjach, które mu się przytrafiły, gdy pracował tu i tam. A z jego opowieści wynikało, że były to dość ciekawe środowiska; nie tylko zwykłe szkoły rejonowe, ale też placówki dla trudnej młodzieży. Zatem jako wykładowca jest dla mnie niezwykle autentyczny. Warto sobie poszukać jego szkoleń na YT i posłuchać. Mentorstwa i „teoretykowania” nie uświadczycie. Aha, i jeszcze pan profesor Pyżalski mawia, żeby nie stosować żadnych porad i technik, jeśli nie jest się do nich przekonanym.

Gospodarzu, rób Pan swoje

Pozdrawiam!

 

  1. matmynauczycielka
    11 września o godz. 21:11 245828

Być sobą i nie słuchać rad. Złotego Środka nie znajdziemy, niestety.

 

  1. Lady A
    12 września o godz. 0:00 245831

Bardzo cenię Pana Pyżalskiego. Kilkakrotnie miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w jego warsztatach i za każdym razem wychodziłam pełna zapału do pracy. Ale zgadzam się także z Gospodarzem. Należy być przede wszystkim sobą. Kto jak kto, ale młodzież od razu wyczuje każdy fałsz. Uważam, że trzeba po prostu (a może aż) starać się dopasowywać metody pracy do każdej grupy czy klasy. Zindywidualizować, w miarę możliwości, swoje podejście do ucznia, też przecież człowieka, he he. I, co chyba najważniejsze, żadne, nawet najlepsze, rady nie pomogą, jeśli się belfrowi zwyczajnie nic nie chce…

 

  1. Krzysztof J. Kwiatkowski
    12 września o godz. 22:22 245835

Dulek… bardzo nieładnie tak robić, ale wyprzedziłeś mnie w komentarzu, bo czekałem na rejestrację tutaj. Ale Ci jestem wdzięczny i tak.

Jacek P. jest moim studentem. A ja byłem wykładowcą. W opinii belferxxx jestem więc pasożytem snującym się pośród teoryjek i fantazji. Przepraszam za to. Kiedy on zmagał się z trudnościami belferowania, ja bujałem w obłokach.

Może usprawiedliwieniem będzie to, że 24 lata pracowałem z trudną młodzieżą w ośrodku wychowawczym. Moi wychowankowie zrobili matury, niektórzy – studia. Nauczyciele ich przekreślali. Może dlatego, że byli zajęci walką z łobuzami i „dzisiejszą młodzieżą”, nie mieli więc czasu.

Pasożyt Pyżalski po obronieniu się na koniec studiów bezczelnie przyszedł do mojej placówki, zamiast pozostawać nadal pasożytem. Był wychowawcą trudnej młodzieży. Był wobec tego moim kolegą i musiałem oceniać jego pracę, podejrzewam, że po znajomości… Prócz tego uczył angielskiego w gimnazjum (przypuszczam, że wiedział, iż wyzwą go od pasożytów i pracował nad jakimś ściemniackim argumentem). Jego bezczelność jest w dodatku tego formatu, że ośmiela się od wielu lat prowadzić szkolenia w całej Polsce dla rad pedagogicznych „jak pracować z trudnym uczniem”, a te otumanione przez niego baby twierdzą, że to, czego uczy – działa. Zupełny bezsens, prawda?

belferxxx – niech spotkania się z grupami roszczeniowych i przekonanych o własnej wszechwiedzy nowobogackich rodziców pozwalają innym trwać w opozycji, bo sami są przecież nieskazitelni – czytałem gdzieś o tym. Z pewnością…

Zmień pseudonim. Sugeruje coś nieładnego…

 

  1. Krzysztof J. Kwiatkowski
    12 września o godz. 22:36 245836

Przepraszam…

Nie mogę się powstrzymać od komentarza do samego siebie, bo mnie on zdenerwował. Nieładnie się tak wymądrzać. Ale może to dlatego, że 10 lat byłem pedagogiem ulicznym, 10 lat uczyłem w 8-klasowej podstawówce w ostatniej klasie, a jeszcze w dodatku wykładałem metodykę resocjalizacji już wtedy, kiedy wspominany Jacek Pe miał doktorat i również wykładał resocjalizację. W tej samej uczelni.

Studenci powiedzieli mi kiedyś, że zupełnie nie rozumieją, czemu prowadzący zajęcia na resocjalizacji zgodnym głosem twierdzą, że łobuzów trzeba „krótko przy mordzie”, a tylko ja i niejaki Pyżalski bredzimy coś o cierpliwości, o tym, że nie ma skutków natychmiastowych, o tym, że powstawanie związków emocjonalnych z wychowankami zwiększa sukces (dobrze, dobrze myślisz teraz – belferxxx…!).

Pocieszam – zawsze może być tak, że jesteśmy głupkami. I tyle…

 

  1. belferxxx
    13 września o godz. 11:09 245837

@Krzysztof Kwiatkowski
Mój post był warunkowy – jeśli …

Więc jeśli mamy przypadek NIETYPOWY to bardzo dobrze i na zdrowie! Większość pouczających to jednak doktrynerzy-teoretycy zamknięci na rzeczywistość, nieprawdaż….

Moje nudzenia

Grzebiąc w starociach znalazłem swój wpis. Pochodzi z forum GoldenLine.
25.06.2011, 08:44

Nie piszę tu swoich przemyśleń (które za to zapisuję gdzie indziej), bo fatalnie się dyskutuje z ludźmi, którzy odpowiadają fochami zamiast argumentami. Także i tu.

Staram się od samego początku zrozumieć istotę survivalu. Bo w ogóle staram się więcej rozumieć niż jedynie skład chemiczny, strukturę konstrukcyjną, przeznaczenie i historię młotka. Moje wszelkie podziały „nazewnicze” wzięły się z obserwacji ludzi i z tego, jak nazywają, to co robią. Stąd te różne survivale leśne — zupełnie jak „śróddzidzie przeddzidzia śróddzidzia” (mam nadzieję, że to porównanie zadowoli mniej wybrednych).

Ja mam jednak podejście nie kowala, który bez rozważań chwyci młot tam gdzie trzeba, tylko chirurga, który lata uczy się, żeby wiedzieć jak otworzyć, gdzie precyzyjnie ciąć i jak zamknąć. I żeby pacjent żył. I żeby nie narzekał…

Kowalowi ogląd jego młota wystarczy — mnie nie.
Bo przyglądam się nie tyle survivalowi, co ludziom.
Robię to, bo pracuję od zawsze z ludźmi. Bo survivalem wprowadzam ich na uczciwą drogę, leczę z nienawiści do rodzonego ojca, pomagam zrozumieć burzliwe układy z rodzonym dzieckiem, zrezygnować z samobójstwa…

Dlatego oglądam dokładnie i używam mikroskopu.

A ludzi survivalu dzielę już na tych, co go robią dla siebie, na tych co nie wiedzą po co, i na tych co go robią dla innych. I dlatego dyskusje ludzi zajmujących się survivalem dla zauważania siebie samego jako magika od ognia i noża, i z ludźmi, co survival uznali nie tylko za własną magiczność i przyjemność — idą innymi kanałami. I to jest fajne. I dlatego właśnie można się z tego pośmiać i uważać wszystkich innych za niepoukładanych… I w to wierzyć.

Cytat: „Nie kłóćmy się więc o nazwy — jak mawiał T. Kotarbiński — tu nie o nazwy chodzi, lecz o to, czym się zajmujemy.

Survivalowa czujność

Nie wierzcie w to, że survivalowy kurs prowadzony przez internet pozwala być instruktorem survivalu dzięki platformie e-learningowej. Survival to jest osobiste doświadczanie, a nie poczytanie sobie i danie prawidłowych odpowiedzi. Kurs tak złożonej sztuki, zwłaszcza jej strony praktycznej, przenigdy nie może się się odbyć internetowo. Podobnie, jak przez internet nie zapewni się nikomu bezpieczeństwa.

Kiedy pod informacją o szkoleniu widnieje wpis „Prawdziwa szkoła przetrwania! Polecam wszystkim” albo „Rewelacja! Czuję się teraz twardzielem!”, to od razu pomyślcie o tym, że na jakiś kurs zapisał się kompletny matoł — on zachwyci się wszystkim. Bo poczuł się twardzielem, kiedy sobie sam kiełbaskę nad ogniskiem przysmażył. Teraz się popisuje kim jest. Ale taki kurs nie jest jedynie nadużyciem — jest potencjalną zbrodnią. Wyobrażacie sobie, że was zoperuje chirurg po kursie
e-lerningowym!?

Doświadczenie survivalowca zdobywa się nawet kilkadziesiąt lat. I to jest mało, naprawdę. Szkoliłem także takich instruktorów survivalu, którzy niemal od razu po egzaminie, prawie natychmiast, poczuli się mocni i dzielni. Żałuję, że nie byłem w stanie od razu ich odsiać — nie ma takiego narzędzia. Oni teraz stanowią zagrożenie dla swoich podopiecznych.

Co tam panie u ludzkości…?

Wiele lat minęło od chwili, kiedy poznałem (jako licealista) problem, który wynikał z doświadczenia na szczurach, a dotyczyło ono przegęszczenia populacji na zbyt małym obszarze. Nie mam pojęcia, czy było to właśnie dokonanie Johna Calhouna, w każdym razie ten naukowiec przeprowadził cały szereg badań także i nad myszami. Jedno z nich opisane jest na stronach: eksperyment oraz badania

Stanisław Kozłowski w swojej książce Granice przystosowania napisał: „(…) zmienne środowisko, które wykształciło obecną sylwetkę biologiczną człowieka, jest środowiskiem optymalnym, niezbędnym do podtrzymywania sprawności działania mechanizmów fizjologicznych, które należą do podstawowych cech tej sylwetki. Człowiek nie może lokować się pod kloszem izolacji od wpływów środowiska naturalnego, choć pozwala na to rozwój techniki”.

Świat kultury high-tech, który nazywam „man made cocoon”, brnie coraz mocniej w uzależnienie jednostki od systemu. Wkrótce nie będziemy mogli samodzielnie wkręcić nowej żarówki, bez wezwania specjalisty z odpowiednimi uprawnieniami. Stajemy się wplątani w nici naszego kokonu, w którym jest ciepło, zacisznie i bezpiecznie, ale stajemy się bezradni wobec kolejnych zadań i zjawisk. W dodatku sami rezygnujemy z aktywności i poznawania świata, skoro to inni nas wyręczają od wysiłku, pozbawiając jednocześnie zmartwień.

Ciekawe, że wszyscy ci, co twierdzą, że są survivalowcami, nie rozumieją ani złożoności tego zjawiska, ani jego rozmiarów, ani zadań do wykonania. Strugają sobie patyczki, rozpalają ogniska, gromadzą kolejne noże i „patenty”, starannie pilnują, aby być dla innych kimś w rodzaju „mistrza magii”, a jeżeli coś dla innych robią, to tylko tak, aby móc potem przeliczyć kasę. Wcale nie żartuję – wiem, że żyć z czegoś trzeba i sam też o to dbam – jednak robiąc coś dla samej idei, jestem brany za osobnika nie z tego świata, podobnie, jak i niektórzy moi koledzy.

Wszystkie dzieci są zdolne

Jest coś, co twierdzę i wprowadzam w życie od ponad 30 lat. Przede mną było wielu tak myślących. Temat znowu wraca. Ale nic się nie zmieni.

Poznawanie rzeczywistości odbywa się wielozmysłowo, potem zaś powstają wszelkie powiązania pomiędzy zgromadzonymi przez owe zmysły zbiorach doświadczeń. Pszczoła macha skrzydełkami, lata, brzęczy, ma swoje gromadne życie, podróże do kwiatów, eksploracje kwiatowych wnętrz, są z tym powiązane smaki i zapachy kwiatów i miodów. Można się dowiedzieć, że pszczoła boi się gwałtownych gestów i odruchowo żądli. Może pojawić się smutek, że traci ona przy tym życie, ale poświęciła się dla reszty roju. Za to spokojne podłożenie ręki na drodze wędrującej pszczoły pozwoli jej chodzić po ludzkiej skórze, łaskocząc leciutko, a i naje się z kropelki soku kapniętego na środku garści.

Takie doświadczenia przynoszą dużo radości i poznawczego podniecenia. Dzieci chcą wiedzieć jeszcze więcej…
Bo w życiu wszystko przebiega tak:

  • Dziecko ==> opanowuje samo siebie ==> opanowuje najbliższe otoczenie ==> stara się opanować rzeczywistość
  • Dorosły ==> opanowuje nowe techniki ==> opanowuje najbliższe, podbite już otoczenie ==> stara się opanować całą swoją rzeczywistość

To są zupełnie inne rodzaje panowania nad rzeczywistością. Gdyby porównać dziecko i dorosłego, to dziecko podgarnia (z miłością: jak kwoka czy kotka swoje małe), zaś człowiek dorosły – zagarnia. Dziecko cieszy się jak zabawką swoimi spotkaniami ze światem… Dorosły ma przesyt tych spotkań, bowiem nie znajduje w powtarzalności żadnej podniety, a nie chce już odkrywać niczego więcej – musi więc czuć swoje panowanie nad zjawiskami. Takimi zjawiskami są dla niego dzieci, więc będzie się starał trzymać je na sznurku.

Polecam link

Zbieram doświadczenie życiowe

Zbieram doświadczenie. Wpakowałem się ze swoim survivalem w wiele dziedzin życia. Przed laty prowadziłem kilka kół survivalowych, stosowałem survival „resocjalizacyjny” w mojej pracy, organizowałem swoje prywatne bytowania w Bieszczadach. Potem pojawiłem się z nim na uczelniach jako wykładowca (Uniwersytet Łódzki, zgierskie Studium Nauczycielskie,  łódzka WSP, warszawska AWF), lub jako zaproszony gość (m.in. częstochowska WSP, Uniwersytet Toruński), albo jako uczestnik konferencji (m.in. Uniwersytet Łódzki, łódzka WSP, łódzka WSHiE, Wyższa Szkoła Zawodowa im. JP II w Białej Podlaskiej, warszawski Uniwersytet im. kard. Wyszyńskiego, Uniwersytet Śląski, Uniwersytet Olsztyński, Uniwersytet Warszawski) oraz innych (m.in. Lasów Państwowych, Międzynarodowy Kongres Edukatorów Leśnych, Kongres Obywatelski). Z przyjaciółmi założyłem Stowarzyszenie Polska Szkoła Surwiwalu (SPSS link do strony) i wraz z nimi szkolę instruktorów survivalu w ramach kursów Polskiej Akademii Sportu (PAS).

Mój były student (UŁ), a potem współpracownik w II Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym oraz Wyższej Szkole Pedagogicznej w Łodzi, obecnie profesor Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, Jacek Pyżalski, zabiera mnie co jakiś czas na konferencje naukowe lub swoje szkolenia dla nauczycieli, dzięki czemu nie tylko nie tracę kontaktu z polską oświatą, ale jeszcze się doskonalę.

Obecnie wdałem się — wraz z Jackiem — w prace Zespołu Interdyscyplinarnego ds. opracowania modelu współpracy na rzecz osób opuszczających zakłady karne i prowadziłem w imieniu SPSS zajęcia z osadzonymi na temat sztuki przetrwania w codzienności; wdałem się też w cykl trzydniowych wyjazdów dla młodzieży ze szkół ponadgimnazjalnych z Radomska na zamówienie Fundacji Wzajemnej Pomocy „Alternatywa” kierowanej przez Marka Kotlickiego.

Dlaczego to piszę? Bo zauważam jak wiele możliwości dla pożyteczności ludzkiej daje sztuka przetrwania. Ma zastosowanie we wspieraniu młodzieży trudnej i nietrudnej, rodziców wraz dziećmi, podróżników, specjalistów ratownictwa, żołnierzy, itp. To piękne doświadczenie…

… a dziś moje urodziny, czas przemyśleń…

Początki są trudne

A to jest pierwszy wpis…

Oraz informacja o będącej w przygotowaniu imprezie SURWIWALIA 2014, czyli o naszym pierwszym zlocie w Puszczy Bolimowskiej. Jego organizatorami są: Stowarzyszenie Polska Szkoła Surwiwalu, którego jestem prezesem oraz Hufiec ZHP Skierniewice.

Miejsce: Joachimów Mogiły k/Bolimowa, woj. łódzkie
Termin: 6-8 czerwca 2014 r.

» » » » » » » » » www.surwiwalia.pl
» » » » » » » » » Google+ Surwiwalia – Nasi Goście
» » » » » » » » » Facebook Surwiwalia