Wspominki o wizjach tego, co robimy

Poniższy cytat z artykułu Dariusza Chętkowskiego oraz komentarzy wstawiłem tu… na swoją chwałę. Z zadowoleniem stwierdzam, że moje dyskusje na Facebooku prowadzą do wspólnego dogadania się bez pozostawienia za plecami stosiku ofiar. Ta dyskusja pochodzi z blogu.

Chcę zwrócić uwagę na temat oraz rozmaite podejścia. Bardzo podobnie jest w survivalu. Wśród pedagogów panuje pogląd, że uczniowie i klasy to takie obiekty, które trzeba okiełznać. „Okiełznanie” oznacza zbroję, tarczę i miecz oraz pewnego rumaka, który w porę wyniesie nas z bitewnego zamieszania, byśmy potem mogli przy kufelku pokazywać nowozdobyte rany. Survivalowcom potrzeba ran, inaczej to co robili, jest bez sensu.

A ja tymczasem – nie wiadomo czemu – przechodziłem przez burze nie poraniony. Widać kompletnie do dupy jestem…

 


Co może nauczyciel?

Dariusz Chętkowski

9.09.2015
środa

Początek roku szkolnego zaowocował licznymi wywiadami z osobami, które radzą nauczycielom, jak mają pracować. Jeden z ciekawszych ukazał się w Głosie Nauczycielskim” i nosi tytuł „Szkoła wiele może”(fragment tutaj).

Nauczyciele nie znoszą, gdy ktoś próbuje nimi pokierować. W ogóle w tym zawodzie tylko jedna rada cieszy uznaniem, a brzmi ona tak: „Chcesz dobrej rady? No to posłuchaj: ‚Nie słuchaj żadnych rad’”. Kto więc decyduje się pouczać nauczycieli, ten albo nie ma pojęcia o naszej grupie zawodowej, albo można mu pozazdrościć tupetu.

W tekście „Szkoła wiele może” rad udziela prof. Jacek Pyżalski, pedagog, którego bardzo cenię. Nie powiem, nieźle się to czyta, np. że trzeba tworzyć pozytywne relacje z uczniami, ale co z tego? Jakiś czas temu miałem na jednej ze swoich lekcji gościa. Popatrzył na klasę, ocenił zachowania uczniów, moją relację z nimi, a potem poradził: „Powinien pan schamieć”. Od razu dodam, że mój gość był równie, no może odrobinę mniej utytułowanym pedagogiem, co prof. Pyżalski. Kogo powinienem posłuchać?

Nauczyciele dostają mnóstwo rad, niestety, sprzecznych. Oczywiście, serce podpowiada mi, aby posłuchać rady Jacka Pyżalskiego i budować pozytywne relacje z uczniami. Gdzieś jednak z boku słyszę podszept, że może ten drugi profesor ma rację. Może korzystniej będzie schamieć? A może po prostu być sobą i nie słuchać żadnych rad?


KOMENTARZE: 11

 

  1. belferxxx
    9 września o godz. 17:00 245819

Ciekawe kiedy pan Pyżalski (i podobni mu utytułowani teoretycy-doktrynerzy od pedagogiki!) był po maturze w prawdziwej szkole? Ciekawe czy i kiedy prowadził jakieś zajęcia w rejonowym gimnazjum (z uczniami!), czy spotykał się z grupą roszczeniowych i przekonanych o własnej wszechwiedzy nowobogackich rodziców ? Jeśli nie, to jest on zwykłym, pasożytującym na naszych podatkach darmozjadem! Jeśli idę do profesora medycyny, to wiem, że on w życiu leczył i że nadal umie to robić lepiej od przeciętnego lekarza. A profesor pedagogiki zwykle pisał wyłącznie doktrynerskie dysertacje oderwane od realiów …

 

  1. zza kałuży
    9 września o godz. 17:16 245820

To zależy z kim ma się do czynienia.

Królewiątkom rozpuszczonym jak dziadowski bicz trochę dyscypliny może się przydać. Poturbowani przez „życie” potrzebują raczej „przytulenia”.

**http://borchardt.com.pl/roza.html

Opowiadanie „Pod białą różą”, str. 81-85

 

  1. kaesjot
    9 września o godz. 20:03 245821

zza kałuży – rady Twoje słuszne, tyle, że dzisiaj „trochę dyscypliny” może być uznane za przemoc wobec ucznia a „przytulanie” za molestowanie, pedofilie itp.

Do tego doszło !!!

 

  1. Jacek Pyżalski
    10 września o godz. 20:47 245822

Starałem się nie brzmieć mentorsko – w wychowaniu nie ma takich, którzy wiedzą zawsze lepiej – zbyt dużo czynników wpływa na konkretną sytuację. Czy w takim razie ma w ogóle sens dzielić się swoim doświadczeniem, uczyć się od siebie? Myślę, że tak – po 15 latach pokazywania tego co sam starałem się robić i staram się robić, kiedy pracuję z młodzieżą (zarówno w kontekście sukcesów, jak i bardzo często spektakularnych porażek) – spotykam ludzi, którym coś pokazałem np. 10 lat temu i nauczyli się czegoś na moim doświadczeniu (złym i dobrym) i jakieś konkretne działania stosują z powodzeniem. Z drugiej strony zauważam, że dominuje biblijna zasada – ci, który już mają, biorą z takiej wymiany więcej (tzn.nauczyciele refleksyjni poszukujący, krytyczni wobec siebie). A jak ktoś nie szuka, to ciągle nie do końca wiem, jak to zrobić, żeby zaczął poszukiwać. Z drugiej strony sam wiem ile zawdzięczam nauczycielom, z którymi pracowałem jako początkujący pedagog – od ilu osób sam nauczyłem się i uczę wciąż wielu rzeczy. Trudne wychowawczo i komunikacyjnie sytuacje w szkole to poważny stresor zawodowy, związany z bardzo silnymi często negatywnymi emocjami, szczególnie wtedy, gdy jesteśmy sami bez wsparcia innych. Gospodarz pyta, czy warto „schamieć” (retorycznie chyba pyta. Nie warto! Choć w niektórych sytuacjach warto wykazać się determinacją i zdecydowaniem (oby wyjątkowo i nie jako reguła relacji). Generalnie szeroki temat – ale uważam, że ogromnie ważny dla pedagogiki. Pozdrawiam serdecznie!

 

  1. Dariusz Chętkowski
    11 września o godz. 11:06 245823

Panie Profesorze, bardzo dziękuję za komentarz. Postaram się nie chamieć.

Pozdrawiam – Gospodarz

 

  1. Dulek
    11 września o godz. 17:46 245826

Do belferxxx: Stanowczo protestuję przeciwko nazywaniu prof. Pyżalskiego teoretykiem i darmozjadem. Pan profesor nieraz opowiadał o różnych sytuacjach, które mu się przytrafiły, gdy pracował tu i tam. A z jego opowieści wynikało, że były to dość ciekawe środowiska; nie tylko zwykłe szkoły rejonowe, ale też placówki dla trudnej młodzieży. Zatem jako wykładowca jest dla mnie niezwykle autentyczny. Warto sobie poszukać jego szkoleń na YT i posłuchać. Mentorstwa i „teoretykowania” nie uświadczycie. Aha, i jeszcze pan profesor Pyżalski mawia, żeby nie stosować żadnych porad i technik, jeśli nie jest się do nich przekonanym.

Gospodarzu, rób Pan swoje

Pozdrawiam!

 

  1. matmynauczycielka
    11 września o godz. 21:11 245828

Być sobą i nie słuchać rad. Złotego Środka nie znajdziemy, niestety.

 

  1. Lady A
    12 września o godz. 0:00 245831

Bardzo cenię Pana Pyżalskiego. Kilkakrotnie miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w jego warsztatach i za każdym razem wychodziłam pełna zapału do pracy. Ale zgadzam się także z Gospodarzem. Należy być przede wszystkim sobą. Kto jak kto, ale młodzież od razu wyczuje każdy fałsz. Uważam, że trzeba po prostu (a może aż) starać się dopasowywać metody pracy do każdej grupy czy klasy. Zindywidualizować, w miarę możliwości, swoje podejście do ucznia, też przecież człowieka, he he. I, co chyba najważniejsze, żadne, nawet najlepsze, rady nie pomogą, jeśli się belfrowi zwyczajnie nic nie chce…

 

  1. Krzysztof J. Kwiatkowski
    12 września o godz. 22:22 245835

Dulek… bardzo nieładnie tak robić, ale wyprzedziłeś mnie w komentarzu, bo czekałem na rejestrację tutaj. Ale Ci jestem wdzięczny i tak.

Jacek P. jest moim studentem. A ja byłem wykładowcą. W opinii belferxxx jestem więc pasożytem snującym się pośród teoryjek i fantazji. Przepraszam za to. Kiedy on zmagał się z trudnościami belferowania, ja bujałem w obłokach.

Może usprawiedliwieniem będzie to, że 24 lata pracowałem z trudną młodzieżą w ośrodku wychowawczym. Moi wychowankowie zrobili matury, niektórzy – studia. Nauczyciele ich przekreślali. Może dlatego, że byli zajęci walką z łobuzami i „dzisiejszą młodzieżą”, nie mieli więc czasu.

Pasożyt Pyżalski po obronieniu się na koniec studiów bezczelnie przyszedł do mojej placówki, zamiast pozostawać nadal pasożytem. Był wychowawcą trudnej młodzieży. Był wobec tego moim kolegą i musiałem oceniać jego pracę, podejrzewam, że po znajomości… Prócz tego uczył angielskiego w gimnazjum (przypuszczam, że wiedział, iż wyzwą go od pasożytów i pracował nad jakimś ściemniackim argumentem). Jego bezczelność jest w dodatku tego formatu, że ośmiela się od wielu lat prowadzić szkolenia w całej Polsce dla rad pedagogicznych „jak pracować z trudnym uczniem”, a te otumanione przez niego baby twierdzą, że to, czego uczy – działa. Zupełny bezsens, prawda?

belferxxx – niech spotkania się z grupami roszczeniowych i przekonanych o własnej wszechwiedzy nowobogackich rodziców pozwalają innym trwać w opozycji, bo sami są przecież nieskazitelni – czytałem gdzieś o tym. Z pewnością…

Zmień pseudonim. Sugeruje coś nieładnego…

 

  1. Krzysztof J. Kwiatkowski
    12 września o godz. 22:36 245836

Przepraszam…

Nie mogę się powstrzymać od komentarza do samego siebie, bo mnie on zdenerwował. Nieładnie się tak wymądrzać. Ale może to dlatego, że 10 lat byłem pedagogiem ulicznym, 10 lat uczyłem w 8-klasowej podstawówce w ostatniej klasie, a jeszcze w dodatku wykładałem metodykę resocjalizacji już wtedy, kiedy wspominany Jacek Pe miał doktorat i również wykładał resocjalizację. W tej samej uczelni.

Studenci powiedzieli mi kiedyś, że zupełnie nie rozumieją, czemu prowadzący zajęcia na resocjalizacji zgodnym głosem twierdzą, że łobuzów trzeba „krótko przy mordzie”, a tylko ja i niejaki Pyżalski bredzimy coś o cierpliwości, o tym, że nie ma skutków natychmiastowych, o tym, że powstawanie związków emocjonalnych z wychowankami zwiększa sukces (dobrze, dobrze myślisz teraz – belferxxx…!).

Pocieszam – zawsze może być tak, że jesteśmy głupkami. I tyle…

 

  1. belferxxx
    13 września o godz. 11:09 245837

@Krzysztof Kwiatkowski
Mój post był warunkowy – jeśli …

Więc jeśli mamy przypadek NIETYPOWY to bardzo dobrze i na zdrowie! Większość pouczających to jednak doktrynerzy-teoretycy zamknięci na rzeczywistość, nieprawdaż….

Moje nudzenia

Grzebiąc w starociach znalazłem swój wpis. Pochodzi z forum GoldenLine.
25.06.2011, 08:44

Nie piszę tu swoich przemyśleń (które za to zapisuję gdzie indziej), bo fatalnie się dyskutuje z ludźmi, którzy odpowiadają fochami zamiast argumentami. Także i tu.

Staram się od samego początku zrozumieć istotę survivalu. Bo w ogóle staram się więcej rozumieć niż jedynie skład chemiczny, strukturę konstrukcyjną, przeznaczenie i historię młotka. Moje wszelkie podziały „nazewnicze” wzięły się z obserwacji ludzi i z tego, jak nazywają, to co robią. Stąd te różne survivale leśne — zupełnie jak „śróddzidzie przeddzidzia śróddzidzia” (mam nadzieję, że to porównanie zadowoli mniej wybrednych).

Ja mam jednak podejście nie kowala, który bez rozważań chwyci młot tam gdzie trzeba, tylko chirurga, który lata uczy się, żeby wiedzieć jak otworzyć, gdzie precyzyjnie ciąć i jak zamknąć. I żeby pacjent żył. I żeby nie narzekał…

Kowalowi ogląd jego młota wystarczy — mnie nie.
Bo przyglądam się nie tyle survivalowi, co ludziom.
Robię to, bo pracuję od zawsze z ludźmi. Bo survivalem wprowadzam ich na uczciwą drogę, leczę z nienawiści do rodzonego ojca, pomagam zrozumieć burzliwe układy z rodzonym dzieckiem, zrezygnować z samobójstwa…

Dlatego oglądam dokładnie i używam mikroskopu.

A ludzi survivalu dzielę już na tych, co go robią dla siebie, na tych co nie wiedzą po co, i na tych co go robią dla innych. I dlatego dyskusje ludzi zajmujących się survivalem dla zauważania siebie samego jako magika od ognia i noża, i z ludźmi, co survival uznali nie tylko za własną magiczność i przyjemność — idą innymi kanałami. I to jest fajne. I dlatego właśnie można się z tego pośmiać i uważać wszystkich innych za niepoukładanych… I w to wierzyć.

Cytat: „Nie kłóćmy się więc o nazwy — jak mawiał T. Kotarbiński — tu nie o nazwy chodzi, lecz o to, czym się zajmujemy.

Survivalowa czujność

Nie wierzcie w to, że survivalowy kurs prowadzony przez internet pozwala być instruktorem survivalu dzięki platformie e-learningowej. Survival to jest osobiste doświadczanie, a nie poczytanie sobie i danie prawidłowych odpowiedzi. Kurs tak złożonej sztuki, zwłaszcza jej strony praktycznej, przenigdy nie może się się odbyć internetowo. Podobnie, jak przez internet nie zapewni się nikomu bezpieczeństwa.

Kiedy pod informacją o szkoleniu widnieje wpis „Prawdziwa szkoła przetrwania! Polecam wszystkim” albo „Rewelacja! Czuję się teraz twardzielem!”, to od razu pomyślcie o tym, że na jakiś kurs zapisał się kompletny matoł — on zachwyci się wszystkim. Bo poczuł się twardzielem, kiedy sobie sam kiełbaskę nad ogniskiem przysmażył. Teraz się popisuje kim jest. Ale taki kurs nie jest jedynie nadużyciem — jest potencjalną zbrodnią. Wyobrażacie sobie, że was zoperuje chirurg po kursie
e-lerningowym!?

Doświadczenie survivalowca zdobywa się nawet kilkadziesiąt lat. I to jest mało, naprawdę. Szkoliłem także takich instruktorów survivalu, którzy niemal od razu po egzaminie, prawie natychmiast, poczuli się mocni i dzielni. Żałuję, że nie byłem w stanie od razu ich odsiać — nie ma takiego narzędzia. Oni teraz stanowią zagrożenie dla swoich podopiecznych.

Co tam panie u ludzkości…?

Wiele lat minęło od chwili, kiedy poznałem (jako licealista) problem, który wynikał z doświadczenia na szczurach, a dotyczyło ono przegęszczenia populacji na zbyt małym obszarze. Nie mam pojęcia, czy było to właśnie dokonanie Johna Calhouna, w każdym razie ten naukowiec przeprowadził cały szereg badań także i nad myszami. Jedno z nich opisane jest na stronach: eksperyment oraz badania

Stanisław Kozłowski w swojej książce Granice przystosowania napisał: „(…) zmienne środowisko, które wykształciło obecną sylwetkę biologiczną człowieka, jest środowiskiem optymalnym, niezbędnym do podtrzymywania sprawności działania mechanizmów fizjologicznych, które należą do podstawowych cech tej sylwetki. Człowiek nie może lokować się pod kloszem izolacji od wpływów środowiska naturalnego, choć pozwala na to rozwój techniki”.

Świat kultury high-tech, który nazywam „man made cocoon”, brnie coraz mocniej w uzależnienie jednostki od systemu. Wkrótce nie będziemy mogli samodzielnie wkręcić nowej żarówki, bez wezwania specjalisty z odpowiednimi uprawnieniami. Stajemy się wplątani w nici naszego kokonu, w którym jest ciepło, zacisznie i bezpiecznie, ale stajemy się bezradni wobec kolejnych zadań i zjawisk. W dodatku sami rezygnujemy z aktywności i poznawania świata, skoro to inni nas wyręczają od wysiłku, pozbawiając jednocześnie zmartwień.

Ciekawe, że wszyscy ci, co twierdzą, że są survivalowcami, nie rozumieją ani złożoności tego zjawiska, ani jego rozmiarów, ani zadań do wykonania. Strugają sobie patyczki, rozpalają ogniska, gromadzą kolejne noże i „patenty”, starannie pilnują, aby być dla innych kimś w rodzaju „mistrza magii”, a jeżeli coś dla innych robią, to tylko tak, aby móc potem przeliczyć kasę. Wcale nie żartuję – wiem, że żyć z czegoś trzeba i sam też o to dbam – jednak robiąc coś dla samej idei, jestem brany za osobnika nie z tego świata, podobnie, jak i niektórzy moi koledzy.

Wszystkie dzieci są zdolne

Jest coś, co twierdzę i wprowadzam w życie od ponad 30 lat. Przede mną było wielu tak myślących. Temat znowu wraca. Ale nic się nie zmieni.

Poznawanie rzeczywistości odbywa się wielozmysłowo, potem zaś powstają wszelkie powiązania pomiędzy zgromadzonymi przez owe zmysły zbiorach doświadczeń. Pszczoła macha skrzydełkami, lata, brzęczy, ma swoje gromadne życie, podróże do kwiatów, eksploracje kwiatowych wnętrz, są z tym powiązane smaki i zapachy kwiatów i miodów. Można się dowiedzieć, że pszczoła boi się gwałtownych gestów i odruchowo żądli. Może pojawić się smutek, że traci ona przy tym życie, ale poświęciła się dla reszty roju. Za to spokojne podłożenie ręki na drodze wędrującej pszczoły pozwoli jej chodzić po ludzkiej skórze, łaskocząc leciutko, a i naje się z kropelki soku kapniętego na środku garści.

Takie doświadczenia przynoszą dużo radości i poznawczego podniecenia. Dzieci chcą wiedzieć jeszcze więcej…
Bo w życiu wszystko przebiega tak:

  • Dziecko ==> opanowuje samo siebie ==> opanowuje najbliższe otoczenie ==> stara się opanować rzeczywistość
  • Dorosły ==> opanowuje nowe techniki ==> opanowuje najbliższe, podbite już otoczenie ==> stara się opanować całą swoją rzeczywistość

To są zupełnie inne rodzaje panowania nad rzeczywistością. Gdyby porównać dziecko i dorosłego, to dziecko podgarnia (z miłością: jak kwoka czy kotka swoje małe), zaś człowiek dorosły – zagarnia. Dziecko cieszy się jak zabawką swoimi spotkaniami ze światem… Dorosły ma przesyt tych spotkań, bowiem nie znajduje w powtarzalności żadnej podniety, a nie chce już odkrywać niczego więcej – musi więc czuć swoje panowanie nad zjawiskami. Takimi zjawiskami są dla niego dzieci, więc będzie się starał trzymać je na sznurku.

Polecam link

Zbieram doświadczenie życiowe

Zbieram doświadczenie. Wpakowałem się ze swoim survivalem w wiele dziedzin życia. Przed laty prowadziłem kilka kół survivalowych, stosowałem survival „resocjalizacyjny” w mojej pracy, organizowałem swoje prywatne bytowania w Bieszczadach. Potem pojawiłem się z nim na uczelniach jako wykładowca (Uniwersytet Łódzki, zgierskie Studium Nauczycielskie,  łódzka WSP, warszawska AWF), lub jako zaproszony gość (m.in. częstochowska WSP, Uniwersytet Toruński), albo jako uczestnik konferencji (m.in. Uniwersytet Łódzki, łódzka WSP, łódzka WSHiE, Wyższa Szkoła Zawodowa im. JP II w Białej Podlaskiej, warszawski Uniwersytet im. kard. Wyszyńskiego, Uniwersytet Śląski, Uniwersytet Olsztyński, Uniwersytet Warszawski) oraz innych (m.in. Lasów Państwowych, Międzynarodowy Kongres Edukatorów Leśnych, Kongres Obywatelski). Z przyjaciółmi założyłem Stowarzyszenie Polska Szkoła Surwiwalu (SPSS link do strony) i wraz z nimi szkolę instruktorów survivalu w ramach kursów Polskiej Akademii Sportu (PAS).

Mój były student (UŁ), a potem współpracownik w II Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym oraz Wyższej Szkole Pedagogicznej w Łodzi, obecnie profesor Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, Jacek Pyżalski, zabiera mnie co jakiś czas na konferencje naukowe lub swoje szkolenia dla nauczycieli, dzięki czemu nie tylko nie tracę kontaktu z polską oświatą, ale jeszcze się doskonalę.

Obecnie wdałem się — wraz z Jackiem — w prace Zespołu Interdyscyplinarnego ds. opracowania modelu współpracy na rzecz osób opuszczających zakłady karne i prowadziłem w imieniu SPSS zajęcia z osadzonymi na temat sztuki przetrwania w codzienności; wdałem się też w cykl trzydniowych wyjazdów dla młodzieży ze szkół ponadgimnazjalnych z Radomska na zamówienie Fundacji Wzajemnej Pomocy „Alternatywa” kierowanej przez Marka Kotlickiego.

Dlaczego to piszę? Bo zauważam jak wiele możliwości dla pożyteczności ludzkiej daje sztuka przetrwania. Ma zastosowanie we wspieraniu młodzieży trudnej i nietrudnej, rodziców wraz dziećmi, podróżników, specjalistów ratownictwa, żołnierzy, itp. To piękne doświadczenie…

… a dziś moje urodziny, czas przemyśleń…

Początki są trudne

A to jest pierwszy wpis…

Oraz informacja o będącej w przygotowaniu imprezie SURWIWALIA 2014, czyli o naszym pierwszym zlocie w Puszczy Bolimowskiej. Jego organizatorami są: Stowarzyszenie Polska Szkoła Surwiwalu, którego jestem prezesem oraz Hufiec ZHP Skierniewice.

Miejsce: Joachimów Mogiły k/Bolimowa, woj. łódzkie
Termin: 6-8 czerwca 2014 r.

» » » » » » » » » www.surwiwalia.pl
» » » » » » » » » Google+ Surwiwalia – Nasi Goście
» » » » » » » » » Facebook Surwiwalia