O mnie

Osiągam powoli wiek, który zawsze, liczbowo wyglądał elegancko — 65 *), takie pękate, zadowolone…

Pewnie zbliżam się do szczególnego momentu

Pomyślałem, że to czas na jakieś własne opowieści, jak to powinno być u faceta w tym wieku. Z jednej strony ma się poczucie, że czas za naszymi plecami zasługuje na jakąś narrację, z drugiej zaś, ma się potrzebę pokazania samego siebie. W życiu jest tak, że mnóstwo ludzi jest zawiedzionych, że mając tak wspaniałe życie, plus wiele osobistych przymiotów i dokonań, zasłużyło na jakieś cienkie wspominki wśród znajomych, kiedy ci będą snuli swoje własne opowieści, w których człowiek znalazł się przypadkiem.

Mam swój ogromny komfort. Wiodłem życie, które uczyniło, że wielu innych ludzi w swoich opowieściach zaznacza wyraziście, jaką rolę wypełniłem w ich losach. Zaś ja byłem szczęśliwy, że taką rolę mogłem wypełnić. Bo życie wiodłem w sumie zacne.

Mam też ogromny niedosyt własnego życia. Nie dość, że sięgam pamięcią do swojego żłobka i przedszkola (dwóch), to jeszcze mam w sobie obraz tego, co robiłem wtedy i co myślałem. Znaczy to, że posiadam ciągły i spójny obraz samego siebie od wczesnego dzieciństwa, co nie trafia się wielu…

Tymczasem — oglądało się przecież trochę filmów różnego gatunku — mam za sobą niezwykłą wprost porcję przygód (złych i dobrych), spotkań z niezwykłymi ludźmi, równie niezwykłych darów losu oraz zasobów we mnie samym, mam więc porównanie.

W moich zapiskach nie będzie żadnej chronologii. Zamierzam robić zapiski tak, jak pojawią się w mych wspomnieniach i zadumaniach. Jedynie oznaczę je symbolem liścia dębu [dąb, bo byłem życiowo stabilny i mocny, nawet w czasie zawieruchy] różnego koloru, zmieniającego się wraz z upływem czasu. Każdy liść oznacza kolejne, rozpoczęte 10 lat. Jak widać — przesadziłem trochę, dołożyłem ciut na wyrost…

Jabłuszko będzie dobrym znakiem komentarza.

    


 Z pamiętnika mego ojca

Dnia 27 października 1952 r. przyszedł na świat Krzysztof Jan Kwiatkowski, mój syn. Fakt ten leży u podstaw niniejszego „notatnika rodzinnego”, jest inspiratorem niejako zamysłu czynienia zapisków dotyczących naszej rodziny. (…) Niejeden zapytać może, po co to wszystko. Na co znać swych dziadów i pradziadów, gdy ani nie trzeba wywodzić heraldyki, ani nie można spodziewać się spadku niespodzianego, a owszem, lepiej o rodzinie wiedzieć jak najmniej, byle tylko ojciec był robotnik albo chłop małorolny.

Jestem jednak odmiennego zdania. Jeśli uczymy się historii ojczystego kraju, winniśmy znać i historię swej rodziny. Człowiek nie jest tym, czym sam stał się, lecz także w części tym, kim go przodkowie uformowali. Gdy oprzemy się na nauce najbardziej nowoczesnej, to i ta, choć zmniejsza znacznie rolę dziedziczności, to jednak jej zupełnie nie przekreśla, skoro uznaje nawet dziedziczenie cech nabytych. Prócz tego, w świetle dzisiejszej nauki przydającej taką wagę wpływowi środowiska, uznać musimy wielkie znaczenie wpływu rodziny na kształtowanie cech jednostki, zwłaszcza, że oddziaływanie to dotyczy lat najwcześniejszych, gdy podatność na wpływy jest szczególnie duża.


Mój komentarz

Jakby na to nie patrzeć, z tekstu wynika jedno: nie tylko okres wpisu — ukazany poprzez datę urodzin — wskazuje na szczególne uwarunkowania życiowe. Kiedy teraz czytam ojcowy wpis „lepiej o rodzinie wiedzieć jak najmniej, byle tylko ojciec był robotnik albo chłop małorolny”, zdaję sobie sprawę, że był to dla niektórych okres prawdziwego zabiegania o przetrwanie, chociaż wojna skończyła się siedem lat wcześniej. Drugi akapit jest polemiką mego ojca z narzuconym światopoglądem. Już za pierwszy akapit, zawierający znany już cytat, można było pójść do więzienia. Akapit drugi dokładał do wyroku…

Mój ojciec wrócił w maju 1946 roku do Polski. Był spadochroniarzem 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Wiedział, co przytrafiało się w Polsce Ludowej ludziom, którzy wracali z Zachodu. Zwłaszcza spadochroniarze mieli z tym problem, gdyż z miejsca uznawani byli oni za groźnych szpiegów. Ojciec miał mnóstwo obaw związanych  z podjęciem decyzji, lecz… w Polsce byli ludzie mu Najbliżsi.


JA
Napisałem owo „JA” nie myśląc wcale o samym sobie. Chodziło o samoświadomość każdego z nas. Mimo że jesteśmy świadomi sami siebie, to nie oznacza, że jest to „uświadomiona samoświadomość”, czyli taka świadomość siebie, która została już przetestowana, która pokazała swe oblicze. Bo w takiej sytuacji przynajmniej już wiemy, jak bardzo okłamujemy sami siebie z nadmiernej dbałości o swoje JA, a zarazem jak dramatycznie nie potrafimy własnego JA ocenić i docenić. I możemy coś z tym zrobić. Możemy opuścić ten nierozsądny stan i przejść na wyższy szczebel rozwoju.

Moje skojarzenie jest może dziecinne: jest tak, jakbyśmy w pewnym momencie odkryli, że patyczek niemal od zawsze trzymany w ręce jest czarodziejską różdżką, i właśnie wtedy zrozumieliśmy — a nagłe wzruszenie prawie pozbawiło nas tchu — ileż MY możemy zdziałać! No i pojawiły się na naszym stole wspaniałe owoce i desery, mięsiwa i trunki. Zaczęliśmy spędzać dużo czasu przed lustrem przyglądając się własnej sylwetce i twarzy w coraz to nowych, wyrafinowanych kreacjach. Chodziliśmy w nich potem po skwerach i ulicach, wstępowaliśmy do ważniejszych urzędów i lokali szukając na twarzach innych ludzi wyrazów zachwytu, zazdrości oraz zrozumienia, że nasze JA to jest KTOŚ.

Sycąc się konsumowaniem takiej rzeczywistości… marnujemy niemal wszystko. Właściwie powinniśmy poczuć wstyd. I zrozumienie własnej odpowiedzialności. Bowiem, kiedy już to zrozumieliśmy, w efekcie rzucamy się do akcji ratowniczej. Zamiast konsumować, tworzymy nową rzeczywistość, budujemy nowy świat, czujemy się zbawcami. Nieuchronnie pojawia się ten moment, kiedy stwierdzamy, że nasze herosowanie nikomu nie jest przydatne: tworzyliśmy „nowy cudowny świat” na własny obraz i podobieństwo, nie licząc się z realiami. Bowiem rzeczywistość jest konsumowana przez wszystkie inne byty, nie tylko przez nas. A przecież coś jest prawdziwie smaczne, kiedy smakuje większości, a nawet może wszystkim.


Będziecie mnie mieli za uzurpatora, ale uważam, że mam prawo do uznania tego, że wlazłem na ten wyższy poziom. Moje herosowanie było namiętne i wprowadzało mnie w całkiem inny stan samouwielbienia, niż wówczas, gdy moja czarodziejska różdżka pozwalała mi zachwycać się tylko samym sobą. Nowe samouwielbienie odnosiło się bowiem do owoców mego herosowania. Przestałem się liczyć ja sam, bowiem ważniejsze były owoce mych działań.

Nigdy nie zabiegałem, aby dominować lub dawać ludziom do zrozumienia, że dominuję. Wielokrotnie — a zwłaszcza jak minął mój pierwszy zachwyt nad sobą — stwierdzałem, że otaczają mnie ludzie doskonalsi. Znacznie doskonalsi. I to wówczas szczególnie mocno poczułem, że owoce moich działań są dla mnie wważniejsze niz ja. Straciłem zupełnie zapał do budowania autoprezentacji. Kiedy dawano mi zadanie „Napisz swoje dossier, aby przedstawić swą przydatność do…”, wówczas czułem się bezradny. Zupełnie przestałem rozumieć ludzi, którzy zajęci byli produkowaniem selfie i umieszczaniem samych siebie w mnogich sytuacjach oraz rozmaitym entourage’u. Opuściłem już ten etap zupełnie. Na moich fotkach były moje owoce: odkrycia, zachwyty, przemiany, dzieła. Ja znajdowałem się na tych fotkach przypadkiem lub z musu. Sam tego nawet nie zauważyłem, powiedziano mi…

Zdjęcie powyżej stało się dla mnie symbolem tego, co piszę. Widnieję na nim jako przedmiot-postument. Być może — jako istota. Na początku kwietnia mała wiewiórka wspięła się po moim udzie i pozwoliła wziąć na dłoń. Owocem było dla mnie doznanie rodem z „Księgi dżungli” Kiplinga: „Ja i ty jesteśmy jednej krwi”. Choć nie ja jestem bohaterem tego spotkania, jestem w nim całym swoim „postumentowaniem”.

Przypomniało mi się, jak kiedyś zarzucono memu wykładowi — zrobiłem ankietę — że zbyt często używam zaimka osobowego JA. Zostało to uznane za moją koncentrację na sobie, przedstawianiem siebie jako sprawnego, niemal doskonałego… Pierwsza rzecz: nie zdawałem sobie sprawy, że ten zaimek tak często przewija się w mojej mowie. Druga rzecz: uważałem, że jestem uprawniony do mówienia „ja”, skoro przedstawiam zdarzenia z osobistego doświadczenia. Opisując działania resocjalizacyjne dążyłem do przedstawiania świadectwa możliwie najlepiej poznanego i przemyślanego. Były to zdarzenia, w których uczestniczyłem, kiedy to mogłem opisać moje pierwsze wrażenia, analizy, emocje, odruchy, błędy, pomysły, efekty… Gdybym przypisywał to wszystko wyimaginowanej postaci, wyglądałoby to jak kiepska fabuła. Zwłaszcza, że przedstawiałem efekty pozytywne, te zaś pozytywnymi były na skutek zastosowania oddziaływań odmiennych od tych stereotypowych i nieefektywnych.

Występując na uczelni — jakby nie było — w roli doświadczonego mistrza, miałem za zadanie prezentowanie metod i technik, które działały w pożądany sposób. Czyżby to miała być fikcja? Jedynie przez użycie/nadużycie słowa „ja”?

Uświadomiłem sobie, że w wychowaniu kładzie się nacisk na unikanie samochwalstwa. Powinno zostawiać swobodną przestrzeń dla innych, nie peszyć ich swoją wiedzą, swoimi umiejętnościami, nie porażać sobą jak oślepiającym błyskiem. Ale jak wobec tego przekazywać SWOJĄ wiedzę? By to robić, trzeba posiadać przewagę polegającą na mówieniu o tym, o czym inni nie wiedzą. Ale… Przekaz powinien więc uwzględniać przykłady jak „z książek”?, jak z „cudzego doświadczenia”? Przecież to „jak fikcja”!

Pojawiła się myśl, której wykorzystanie na kolejnych zajęciach załatwiło sprawę. Była to „opowieść o JA”.

Studenci uznali, że faktycznie mam rację. Przekazałem im, że każdy człowiek może mówić o istnieniu świata obiektywnego oraz subiektywnego. Świat subiektywny składa się z tego, co przyswajamy z zewnątrz, ale co zostało przefiltrowane przez nasze zebrane informacje, nastawienia, poglądy, świat wartości… Wiele rzeczy „z zewnątrz” potrafi stać się „nami”. Przyjmujemy do swego JA rzeczy nam najdroższe. Kiedy nasza matka płakała, my płakaliśmy razem z nią, chociaż przyczyna jej bólu nie była nam znana… Bo ona była w nas, nami.

I ostatnie, ważne: kiedy przyjdzie nasz kres — nasz świat subiektywny, nasze JA, też się kończy. Wraz z nami.

Tym bardziej mamy prawo do opowiadania naszego świata…


 Chodzę po świecie czując to co przede mną, bo wiem, co jest za mną. Są ludzie wydający fortunę, aby mieć papiery — wiadomo, że fałszywe — świadczące, że za nimi, w przeszłości, byli ludzie „doskonali”, z nazwiskiem, majątkiem lub dokonaniami. Ojciec mawiał mi, że znaczenie ma to, co sami osiągniemy w swoim życiu, nie ma co powoływać się na przodków. Jednak — twierdził — ważne jest, że ma się poczucie ich byłej obecności. Wtedy, w swoim życiu, jest się jak drzewo… lepiej ukorzenione.

Jako potwierdzenie, zacytuję słowa Bronisława Deskura:

Szlachetność przeto jest wyłączną własnością jednostki, jej życiowych zasług moralnych i pracy, ale nie przechodzi w krew i kości jej potomstwa.

Niech więc was nie wbijają w pychę zasługi i zaszczyty przodków waszych, bo te należą do historyi, nie do was, wy macie je zdobyć dopiero swym życiem.

We wpisach w pamiętniku nie na darmo ojciec ocenił, że początkowe lata PRL nie służyły tym, którzy „mieli przodków”. To było świadectwem, że są uznani za podejrzanych… W dalszych częściach pamiętnika widnieją nie tylko wspominki z własnego dzieciństwa, ale i wyliczanie tych, którzy żyli wcześniej. Były też genealogiczne rozrysowania gałęzi…

Ponieważ mój survival zaczynał się w latach osiemdziesiątych, w szkole podstawowej (ośmioklasowej) nr 101 w Łodzi, a ja tam byłem świetliczankiem, pedagogiem szkolnym, uczyłem PO i prowadziłem Mały Uniwersytet oraz Koło Strzeleckie, zaś szkoła miała za patrona mego bliskiego krewniaka — zrobiłem prezentację, z którą wystąpiłem przed dzieciakami.

Przedstawiam ją tutaj…


Tak zaczynałem

Gdzieś, kiedyś, jakoś… miałem pomysł. Urodził się z tego, że zaprzyjaźniłem się z domem dziecka, a później z jego dyrektorką i jej mężem (również pedagogiem), którzy mnie kształtowali jako pedagoga. Potem powstało coś, co nazwałem Grupą Reso, a co było rodzajem pedagogiki podwórkowej (lecz mocno poza nią wychodziło). Potem studia pedagogiczne i owa praca w SP 101 w Łodzi, gdzie urodził sie survival… Potem pogotowie opiekuńcze i młodzieżowy ośrodek wychowawczy. Potem Stowarzyszenie Polska Szkoła Surwiwalu… I te etapy są już poza mną. Czas na rozwój…


Jakoś, w niezauważalny sposób, jak wtedy, kiedy człowiek zaczytywał się w „Przygodach Robinsona Crusoe”, „Winnetou” oraz „Przygodach Sherlocka Holmesa” — pojawiło się myślenie twórcze, ale nie to artystyczne, lecz owo nawiązujące do zmieniającej się rzeczywistości tu i teraz. Nawet nie zastanawiałem się nad tym, że miałem swego Robinsona, Winnetou i Sherlocka koło siebie, mojego ojca, spadochroniarza generała Sosabowskiego… Ojciec zaś nieustannie przybliżał mi świat, który powinienem znać i nigdy mnie nie zawiódł.

Zaczarowane fluidy tak czy inaczej przenikały mnie, coś się przemieniało. To przyczyniło się do tego, że mogłem się spotkać z „Księgą Kota” oraz „Ksiegą Walki”. Minęło sporo lat, ja zaś towarzyszyłem stopniowemu odkrywaniu się kolejnych kart. Tak było do końca owych, wspomnianych wyżej lat osiemdziesiątych, kiedy dokonywała sie masa przemian. Aż z końcem wieku pewne fragmenty Ksiąg pojawiły się w Internecie.

Lada moment, dokończone i wypieszczone dzieło ukaże się drukiem — jest lipiec 2018 roku.

 


Po latach okrzepł już mój system samoobronny. W młodości albo byłem nadwrażliwy i każda uwaga do mnie skierowana drążyła me serce, duszę i mózg, albo też byłem nadmiernie niesforny i kontrowersyjny, że wszyscy dookoła nie umieli żyć spokojnie, póki nie pojęli próby utemperowania mnie. Może też włączone były obie opcje… Teraz wspomniany system stał się faktycznym systemem, a w dodatku nie służy obronie czynnej, lecz biernej. Ta pierwsza była zawsze formą kontrataków albo skupienie się na zamknięciu w twierdzy tak bardzo, aby wszyscy byli przekonani, że nie opuszczam jej ani dniem ani nocą. Ta druga, już dojrzalsza, opiera się bardziej na stoicyzmie i znoszeniu bez słowa skargi ciosów życia. Tyle tylko, że wszelkie ciosy, które obecnie znieść można bez żadnej reakcji — jednak kaleczą i bolą.

No i tak wreszcie odkryłem, czego brakowało w systemie. Solidnego kwantyfikatora. Bywały kwantyfikatory pozorne, o szerokim spektrum zastosowania, zatem nie dawały pewności. Te nowe wiązały się już z dokładną kwalifikacją zdarzeń. O czym piszę? Ano o tym, że zgrupowałem wszelkie moje zdarzenia do jednego worka i nie ma już tych, co mnie dręczą, oraz tych, które dają mi upojne szczęście. Stępiałem po prostu. W ten sposób skończyło się rodzielanie zdarzeń na „rozmaite, ułożone na wartościującej skali”, czego następstwem były reakcje: jeśli mi dokuczono — powinienem strzelić focha. Teraz… jest zwyczajnie, czyli „coś tam się zdarzyło”…

Wbrew pozorom nie było to takie proste. Całe życie chciałem wiedzieć, co robię źle. Napierw, aby uniknąć kar i napomknień. Później, dojrzalej — aby nie czuć się szkodnikiem.

W ten sposób najpierw zacząłem szukać dróg uwolnienia od narzekania na mnie. Podaję tylko jeden przykład, za to wyrazisty. Było to proste: skoro pojawił się zarzut, że niemytymi rękami brudzę białe futryny i przełączniki światła a wtedy porządni ludzie muszą po mnie sprzątać — poćwiczyłem sobie… A co sobie poćwiczyłem?

Może to się komuś wyda dziwne i upierdliwe, ale dla mnie okazało się normalne i w dodatku było moim uwolnieniem. Przestałem dotykać futryn i przełączników „dłonią użytkową”. Wierzchem dłoni albo łokciem — owszem. Prawie widzę miny czytających, którzy nie wiedzą o co chodzi, albo wiedzą, lecz uważają to za nienaturalne. Ale kiedyś i u nicch był ten czas, że uznali zawiązywanie bucików za normalne i rezygnację z moczenia prześcieradła też. Prawda?

Zatem zwyczajnie: jeśli słyszę wypowiedziane zarzuty, to mam cichą satysfakcję, że to nie do mnie, nie ten adres. A denerwować się, po co?

Mój sposób kontaktu z otoczeniem uległ lekkiej zmianie, która od strony technicznej była dla mnie bez znaczenia, jeśli chodzi o „upierdliwość”, za to dawała wyraźne poprawienie stanu ogólnego. Bowiem znienacka stwierdziłem, że fakt, iż osoba/osoby upominające mnie dotąd w związku z brudzeniem futryn/przełączników i tak nie zaprzestały tego procederu, oraz że jest to dla mnie już bez znaczenia: kaczka kwacze a gęś gęga, ale już nie do mnie.

Tak, jak zaznaczyłem to wcześniej, kluczową sprawą było rozróżnienie obietywności i subiektywności. Ciosy przestawały dochodzić celu. Bowiem są one tego rodzaju, że działają jedynie wówczas, kiedy to ja uznaję je za ciosy właśnie, i kiedy to ja oceniam, że trafiły w cel. Ale przecież ustalmy, że kiedy ktoś się pojawia z awanturą, że „chłopcy obsikują deskę klozetową”, mimo mego zaliczania się do tego zbioru, to ja wiem, że z powodu straszliwego smrodu w chłopięcym kibelku od samego początku chadzam za gęstą kepę krzaków. Czym w ogóle mam się przejmować? Wszakże we mnie jest absolutna pewność o mojej roli w tym wszystkim i nie mam sobie nic do zarzucenia. I to jest właśnie stoicyzm. Bo zarazem, kiedy czuję swoją odpowiedzialność, postępuję zupełnie inaczej, ale także jak należy.

Czy teraz rozumiecie, od jak wielu obciążeń się uwolniłem? Bo wielu rzeczy nie robię „jak normali ludzie” (spytajcie profesora Jacka Pyżalskiego — on to wie).


Czy wiecie, jakie to ważne, że doskonale zdajecie sobie sprawę, Panowie, że te poplamione futryny, że rzucone bezładnie kapcie, na których można się zabić, te szklanki postawione na samiutkiej krawędzi, które za chwilę zrobią się tymi kawałkami szkła na podłodze, które potem wlezą w piętę — to zupełnie nie z Waszego świata? Podobnie jak ten samochód, który wjechał na zupełnie pustym placu (200×300 m) w jedyny słupek sterczący gdzieś pośrodku? Mechanik płakał, jak robił…

A Panie mają swoje sztuczki… zupełnie inne. Jak zawsze.

Dla każdego jednak ważne jest, aby nie zajmować się pierdołami, nie roztrząsać co, gdzie, kiedy, jak… a przede wszystkim nie czuć się zranionym wyłącznie dlatego, że uznało się, że trafiają (choć niesłusznie). Bo jeśłi faktycznie trafiają, to znaczy, że to faktycznie z naszej winy.


 *) Pisane bodajże w pierwszej połowie 2017 roku