Jaśnie państwo

Kiedy o czymś kompletnie nic nie wiemy, wiemy mało, wiemy z błędami, albo własną wiedzę lekceważymy, mamy bardzo poważny wpływ na przebieg zdarzeń, ale także na wiedzę i działanie innych ludzi. Gorąco polecam przy okazji książkę Wandy Wyrwickiej „Naśladownictwo w zachowaniu się ludzi i zwierząt”, PWN, Warszawa 2001. W niej dowiemy się o tym, że naśladownictwo jest podstawową techniką poznawczą w okresie rozwojowym, ale i później ma ogromne znaczenie. Także wtedy, gdy naśladowany wzorzec obarczony jest licznymi skazami.


Najpierw „kilka historii z historii”. I pytanie… Czy możemy sądzić, że z nami jest inaczej?

Kiedy w XVI wieku sprowadzono nowinkę z Nowego Świata, nikt nie uznał tego za szczególne wydarzenie. Owszem, zwrócono uwagę na kielichowate kwiaty, dlatego zaczęto je sadzić wśród innych kwiatów, aby pokazać sąsiadom, że jest się z modą na bieżąco. To jasne, że moda mogła najswobodniej buszować wśród możnych rodów i co bogatszej szlachty. I tam było sporo niedouków i pozerów.

ziemniakTymczasem rozeszła się wieść, że to co było ozdobne,
było ponoć także jadalne. Kwiaty okazały się jednak niesmaczne. Reszta rośliny została wręcz uznana za szkodliwą. Podziemne części — łodygi były jak i kwiaty — wyglądały jak ewentualny przedmiot kulinarnego zainteresowania, ale gdy próbowano je chrupać, były wstrętne, a co bardziej odważni zapłacili za konsumpcję zaburzeniami trawiennymi, a może i nie tylko. Dopiero znacznie później, bo w XVII wieku, ziemniaki trafiły na stoły, lecz wprzódy musiały się pojawić informacje o sposobie ich przyrządzania. Do Polski sprowadził je Jan III Sobieski — wiedeńska wiktoria przyniosła wiele.

Współczesny naszemu Janowi III historyk napisał:

„Jabłka zaś ziemne, czyli ziemniaki, a po teraźniejszemu kartofle, bądź świeże, bądź stare w jednej utrzymując się porze, równą też apetytowi sprawują satysfakcję. Zjawiły się najprzód (w Polsce) za Augusta III w ekonomiach królewskich, które samymi Niemcami, Sasami osadzone były, a ci dla swojej wygody ten owoc z Saksonii z sobą przynieśli i w Polsce rozmnożyli. Długo Polacy brzydzili się kartoflami, mieli je za szkodliwe zdrowiu, a nawet niektórzy księża wmawiali w lud prosty takową opinię, nie żeby jej sami dawali wiarę, ale żeby ludzie przywyknąwszy niemieckim smakiem do kartofli, mąki z nich jak tamci nie robili i za pszenną nie przedawali, przez co by potrzebującym mąki przez się pszennej do ofiary ołtarzowej, mąką kartoflową, choćby i z pszenną zmieszaną, zawód świętokradzki czynili.”

Ostatecznie uprawę ziemniaków, pyrów, gruli, kartofli powierzono chłopstwu, aż na koniec stały się one potrawą i plebejską i pastewną.

Zostawmy w spokoju ziemniaki. W tamtych czasach pojawiła się kawa (problemy z jej piciem uwiecznił nawet Johann Sebastian Bach w swojej „Café Cantate” BWV 211) oraz chińskie zioło „te”. Jako, że po łacinie słowo „zioło” brzmiało „herba” — powstało słowo „herbata”. Nawiasem mówiąc ja nieustannie protestuję, gdy dowolny napar ziołowy nazywa się obecnie u nas herbatą. „Napiję się chętnie miętowej herbaty…” Równie dobrze powinniśmy mówić „Zrób mi kakao z zielonego groszku” lub „jajecznicę buraczaną”.

W każdym razie w XVIII wieku Krzysztof Kluk, słynny ksiądz-botanik w swojej księdze „Dykcjonarz roślinny” przekazał taki komunikat: „Gdyby Chiny wszystkie swoje trucizny przesłały, nie mogłyby nam tyle zaszkodzić, ile swoją herbatą”.

To jest jasne. Nie wiedziano, jak przyrządzać ten napój. Wszelkie przepisy szły z krajów zachodnich a dotyczyły głównie herbaty zielonej, czyli tej, która ludziom smakuje jak parzone siano, zanim pojmą o co chodzi. Poprawiło się dopiero wtedy, gdy hmmm… zaopiekowała się nami Rosja. Herbaty — także czarne — wędrowały do nas już drogą bezpośrednią z Chin, a wzorem rosyjskiego dworu Polacy pili ją z cukrem i konfiturami.

O ile ziemniaki rozmnożyły się u nas ogromnie i chłopi traktowali je jako podstawę swego żywienia (troszkę… także na wzór rosyjski), o tyle herbata w Polsce rosnąć nie chciała. Była więc droga. Człowiek ma ogromną potrzebę zaimponować innym. Sięga więc po to, co drogie i nie dla wszystkich łatwo dostępne. Ba… chciałby móc nie tylko to mieć, ale i używać. Polscy chłopi pragnęli być jak jaśnie państwo.

I znów wszystko nie tak. Wprawdzie nie jedzono kwiatów herbacianych, ani nie sięgano do korzeni, jednak nie rozumiano istoty herbaty. O całym „nie tak” zadecydowała cena własnie. Biednych ludzi nie stać było na herbatę (chociaż ta prosto z Chin staniała koło dziesięciokrotnie), ale jej pożądali. Cóż innego przyszło im uczynić w tej sytuacji, jak nie oszczędzanie suszu.

Jeszcze do tej pory pokutuje owa niewiedza, choć konieczności oszczędzania już nie ma. Ponieważ pewne zachowania powstają, to i potrafią się… zachować. Czyli przetrwać mimo braku uzasadnienia. Oto utrwalony błąd, spotykany bardzo często. Można tego być pewnym, kiedy słyszymy, że ktoś protestuje, że właśnie dostał herbatę „za mocną” albo wręcz twierdzi, że on pije „siki, bo zdrowsze”. Bo po pierwsze moc herbaty niekoniecznie wiąże się z ciemnym kolorem lub poziomem goryczy. Są różne herbaty. Można powiedzieć wyraźnie, że moc herbaty najlepiej wykazuje się w proporcjach herbacianego suszu do ilości użytej wody. Na każdym niemal pudełku z herbatą widnieje przepis — łyżeczka suszu na szklankę wody. Rozmiar łyżeczki jest określony (to ten najczęściej spotykany), a jej nazwa… łyżeczka herbaciana (!); szklanka wody przyjęta zwyczajowo (bo szklanki też są różne) to 0,25 litra. Herbata zaparzona w tych proporcjach jest herbatą zaparzoną normalnie, typowo. A teraz to już łatwiej taką pić, bo jej cena jest bardzo plebejska.


Dlaczego aż tyle o tym piszę? Bo po pierwsze powyższe przykłady pokazują jak długo można żyć w błędzie i uważać jednocześnie, że jesteśmy dumnymi przedstawicielami oczywistej normy.

Bo po drugie, w niektórych przypadkach, nie zbierając rzetelnej wiedzy, małpujemy po prostu „zachowania ogółu”. Mało tego, jeśli tego nie robimy, ów ogół uważa nas niejako z automatu za dziwaków i wyrzutków, choćbyśmy to my właśnie postępowali najsłuszniej. Bowiem cechą kiepsko rozwiniętego społeczeństwa jest trzymanie się przez jednostkę „normy ogółu” choćby ta norma była idiotyczna, podczas gdy ogół uznaje za swoje wewnętrzne spojenie za osiągnięcie a zarazem podstawę, dlatego ściga i piętnuje każdego „innego”.

Gdyż po trzecie… co ma piernik do wiatraka? Ano ma. I proszę, na jakim niskim poziomie skomplikowania! Picie słabiutkiej herbaty… nie jest piciem herbaty — jest piciem gorącej, zabarwionej wody. Taka woda jest w jakimś stopniu szkodliwa, lub — powiedzmy — niekorzystna. Zaparzenie herbaty na poziomie normalnym sprawia, że w naparze pojawiają się garbniki oraz inne, mnogie, bardzo mnogie herbaciane składniki, które tworzą osłonę dla naszego przewodu pokarmowego, ponieważ chroni przed gorącą wodą. I to wcale nie koniec, bowiem przy parzeniu herbaty niezwykle istotny jest czas parzenia. Znaczne przekroczenie czasu parzenia czarnej herbaty oznacza przechodzenie do naparu pierwiastków ciężkich, których zdecydowanie wolelibyśmy nie przyjmować. Ta sama herbata parzona w normalnym czasie krótkim ma działanie odświeżające, pobudzające, ale już parzona w normalnym czasie długim — działa uspokajająco i nasennie (normalny czas parzenia herbaty zawarty jest w przedziale zależnym od grubości herbacianego suszu oraz od efektu, jaki chcemy osiągnąć i wynosi w przybliżeniu 3-10 minut).

ALBOWIEM w naszych czasach ulegamy całej masie
złożonej z masy mas mitów, złudzeń i fałszywych norm.

Jednym z takich mitów jest wykreowana moda na odkażanie wszystkiego i wtedy „twoje dziecko będzie bezpieczne”. Jest to przekaz tak samo durny, jak prostacka treść reklamy „no i co pani powie, po którym proszku koszulka jest bielsza?”. Biedna gospodyni-idiotka nie zauważa żadnej różnicy, ale sugestia działa… Dlaczego jednak to wszystko działa na gospodynie-nieidiotki? Bo choć reklama sama w sobie nie daje żadnego dowodu, że mówi prawdę, przynależy jednak do zjawisk ogólnej normy.

Człowiek przez… (no, ile wieków?) zdecydowaną część własnego istnienia obcował z mikroustrojami. Zżył się z nimi. Nie da się ukryć. Jak to w naszym świecie jest, norma naturalna stanowi, że mamy wokół ogromny sztab żyjących wraz z nami bakterii oraz większych żyjątek. To nasi przyjaciele, sojusznicy i służący. Bez nich prawdopodobnie w ogóle nie moglibyśmy żyć. Tymczasem wiedzeni normą ogółu, reklamą i mnóstwem dramatycznych opowieści dezynfekujemy siebie samych, naszych bliskich oraz całe swoje otoczenie. Jaka wiedza, jakie doświadczenie, jaki zamysł powoduje, że likwidujemy na przykład te bakterie naszego naskórka, które nam żadnej szkody nie czynią, za to dzielnie zwalczają obce i wrogie nam bakterie?

Że choroby zakaźne? Przepraszam bardzo, ale biologiczną regułą jest, że przede wszystkim, a zarazem najciężej, chorują zakażone ludzkie, i nie tylko, osobniki słabsze, z rozmaitych powodów mniej odporne. A zakażenie jest tym bardziej możliwe, im więcej ludzkich, i nie tylko, osobników wierci się i kręci po świecie roznosząc wszystko, co się da. Zapraszam Wszystkich Was do wspaniałej lektury: książki napisanej przez autora naszego ulubionego „Robinsona Crusoe”, Daniela Defoe, zatytułowanej „Dziennik roku zarazy”, wydanej w 1722 roku, a będącej wynikiem osobistych obserwacji. Czysta fascynacja, ile człowiek potrafi nawyczyniać, aby mogła powstać tak przejmująca książka (myślę tu nie o wyczynach autora, ale o tych, którzy mogli być przez niego opisani, ze względu na swoją aktywność). Nie zapomnijcie także o „Dżumie” Alberta Camusa. Czy coś dodawać? Czy nadal możemy sądzić, że z nami jest inaczej?

Jest tak samo: jesteśmy niedoukami i wyjaławiamy wszystko wokół siebie. Pozbawiamy się sojuszników. Znam rodzinę, która przez całe lata cierpiała na ciągłe wrzody na ciele. Jednocześnie szorowali się mydłami antybakteryjnymi tak dokładnie, że chyba krócej było ich życia niż szorowania. Kiedy im powiedziałem, że wrzody są skutkiem wyjałowienia ciała, prychali i mieli mnie za barbarzyńcę, który się nie myje. Tymczasem myję się, ale prawie nie używam mydła (jedynie do rąk i w przypadku wyjątkowego, najczęściej chemicznego zabrudzenia). Każdy dzień zaczynam od wodnej kąpieli, ale swojej flory bakteryjnej chemią nie niszczę. Wszystkie rany i zadraśnięcia goją się na mnie jak na psie.

I na koniec temat bardzo aktualny. Kupiłem sobie właśnie — uwaga: temat wstydliwy — stołeczek, podpórkę pod nogi, kiedy siadam na sedesie. Posłużenie się taką podpórką powoduje, że człowiek siedzi, ale jakby… kucał.

Zawsze rozszerzały mi się oczy, kiedy słyszałem opinie moich bliźnich na temat ubikacji, kibli i sraczy w różnych miejscach świata. Najczęściej chodziło o te „przybytki”, które występowały w krajach będących w oczach „rasowego Polaka” cztery półki niżej niż Polska na Regale Wartości Narodów. Bo te kraje miały nie waterclosety, ale klopy. Tam, wyobraźcie sobie — robiło się to „na Małysza” (ja Adama Małysza bardzo przepraszam, to nie ja wymyśliłem, ale prosty lud). Nie stać mnie w tym miejscu na obrazowe ukazanie tych porozumiewawczych min, chichotów, podrygów ciała i prób symulacji. Dziura w podłodze i wyznaczone miejsce na postawienie stóp, to czasy Mieszka Minus Siódmego… A my… a my, proszę pana… my nie tacy, ani nie jacy tacy! Oj, za krótko żył Stanisław Bareja, bo na pewno miał w planie taki scenariusz. Z pewnością cenzura wycięła Markowi Piwowskiemu najcelniejsze sceny w „Rejsie”.

Biedny, melancholijny, bohaterski jak trzeba, niepokorny Bracie Polaku. Głupio mi to powiedzieć tak nagle. Ale ludzie bogaci chcieli się różnić od biedoty. Nie chcieli robić na kucaka, z dupo wypięto, a pod dupo mrówki chodzo, w góre patrzo i sie dziwujo… Dlatego sobie zrobili sedesy. Byli modni, łacinę znali, a „siedzenie” po łacinie to „sedes”, i wszystko jasne. Jaśnie państwo różniło się od hołoty. Niełatwo jest nagle przestać być jaśnie państwem, pić słabą herbatę i jeść same ziemniaki (nie wiedząc nawet, że zaczynało się od kwiecia).

No to już wiecie: Jaśnie Państwo siedzi wysoko, to i sra z wysoka. A tych, co są nisko przy ziemi, Jaśnie Państwo traktuje jak to samo, co spada na ziemię. Tylko „dawne jaśnie państwo”, to miało dudki na cyrulika albo konsyljarza. Po co? Żeby z hemoroidów leczyć. Żeby zatwardzenia się nie tworzyły. Żeby wszystko do końca z dupy wyszło, a nie, że człowiek z tym chodzi i czuje, że coś nosi, i zastanawia się, czy inni to też już czują… No i żeby — na stare lata — nie znaleźli człowieka w pozie nieprzystojnej, jak życie na sedesie skończył, bo od tych napięć i natężeń jakaś w mózgu żyłka pierdząca poszła… Czy wciąż możemy sądzić, że z nami jest inaczej?

Bo te dziwne ludy, te same, co to cztery półki pod nami, to srają zdrowo, po bożemu. I nic ich na mózg od dołu nie naciska…

PS. Nie jestem twórcą związków frazeologicznych użytych w tym wątku.