Działanie

Będzie to opowieść. Krótka (zapewne; tak sądzę, bo dopiero zaczynam pisanie).
Na moim osiedlu przeprowadzono remont sieci grzewczej. Wczoraj — był piątek — znienacka włączono wszystko co trzeba i w kaloryferach zabulgotało. Równolegle pojawiła się ciepła woda w kranach. Wspominam o tym, gdyż żona zarzuciła mi, że się tydzień nie myłem. I gadaj tu z babą, która latała się kąpać do siostry, że ja przecież nauczony mycia w zimnym górskim strumieniu…

Szybko o tym zapomniałem, zwłaszcza, że rano zamoczyłem swoje zwłoki w gorącej wodzie. Moje wszystkie kontuzje z lekka odpuszczają po porannym rozgrzaniu.

Wieczorem żona wpadła do mego pokoju (a udawałem właśnie, że jestem bardzo zajęty, żeby mi głowy nie zawracano) krzycząc: Idź do kuchni zobacz… Coś ty tam narobił…?!

Jako żywo niczego w kuchni nie robiłem, ale gdy wszedłem zobaczyłem żonę stojącą na czymś, co wyglądało na „widok z lotniczego bulaju na niziutko położone ogromne pojezierze”. Było mnóstwo błyszczących oczek wodnych, które gdzieniegdzie zlewały się w malownicze obszary, zapewne jeziora.

Ponieważ dzisiejszego dnia nie zajmowałem się akurat kreacją kolejnych światów, uznałem, że warto stwierdzić przyczynę. Spojrzałem w górę. Po wiszącej u ściany szafce ściekała woda, która skapywała na blat, stąd zaś woda rozbryzgiwała się na „sztuczne ognie”, również widziane jakby z samolotu…

Spojrzałem wyżej. Podlałaś zanadto mocno ten swój kwiatek — powiedziałem i chciałem wyjść, bo w końcu to nie mój kwiatek, ale w momencie, kiedy żona zaczęła mówić, że nie podlewała kwiatka, krzyknęła patrząc na sufit: Zobacz!

Ze szczeliny między płytami (dla mnie — sufitowymi, ale sąsiad z góry miał inny pogląd) równiutko sobie kapało. Przeszedłem do pokoju obok, żony… Tam również były niezłe widoki na widoki z samolotu… Możliwe, że nawet miałem przez moment potrzebę poczekania na te wizje. Ale żona zaczęła się miotać.

Kiedy poszedłem zobaczyć sufit w moim pokoju, słyszałem wszelkie dźwięki związane z tym miotaniem. Możliwe, że żona próbowała opanować sytuację na sposób wiedźmiński, bo słyszałem masę zaklęć. Ale na pewno skorzystała z zawsze skutecznych środków, z gazet. Gazeta zawsze była dobra na wszystko. Ale nie będę się nad tym rozwodził. Kiedy wszedłem do kuchni — a chodzę po mieszkaniu zawsze na boso — od razu gazety przykleiły mi się do stóp. Każdy może sobie to wypróbować, a zwłaszcza „jazdę swobodną” po mokrej podłodze. Podłożyłem wszędzie ręczniki zamiast gazet. To najlepszy system: można je wyżymać i układać na nowo, póki trzeba. A potem zadzwoniłem do sąsiada, który był na swojej działce. Wsiadł w samochód i w ciągu pół godziny uratował sytuację w swoim mieszkaniu.

Wtedy właśnie odwiedzili mnie sąsiedzi z różnych mieszkań z dołu. Pan sąsiad przejętym głosem poprosił mnie, bym sprawdził, czy po mojej rurze kaloryferowej spływa woda. Wyjaśniłem sytuację najlepiej jak mogłem. Sednem mojej wypowiedzi było, że woda już zatamowana, że w szczelinach konstrukcyjnych może jeszcze zalegać, więc jej resztki będą się jeszcze pojawiać. Ponowił prośbę o sprawdzenie rury. Zacząłem tłumaczyć, że woda zebrała się na podłodze nade mną, że przez kolejne pomieszczenia dotarła do najodleglejszego pokoju, natrafiła na otwór przy rurze, więc ścieka. Zażądał, abym sprawdził. Po sąsiadce (z innego mieszkania) zauważyłem, że już zrozumiała. Podszedłem do kąta pokoju, sięgnąłem pomiędzy meblami w kąt pokoju, odnalazłem rurę i popatrzyłem na swoje palce. Była na nich drobina wilgoci. Wyjaśniłem więc, że woda zawsze spływa w dół, zatem jeśli z 4 piętra pojawiła się u niego na parterze, przy rurze, tej samej, co przebiega przez mój pokój, to nie musiałem sprawdzać, czy moja rura jest mokra.

Wtedy sąsiad pouczył mnie, że powinienem pousuwać sterty książek, potem odsunąć ogromniasty regał i dopiero wtedy sprawdzić wilgotność rury. Prychnąłem z niechęcią… Uznał, że trzeba koniecznie coś zrobić. Wezwać pogotowie hydrauliczne. Powiedziałem ponownie, że sąsiad z góry przecież już wrócił i woda już nie leci. Usłyszałem kilka pomysłów, na które mogłem odpowiedzieć tylko to, że pozostaje nam jedynie czekać, aż resztka wody spłynie do końca i na to, że po trochu wilgoć odparuje…

Patrzył na mnie jakbym zupełnie i nigdy nie był człowiekiem czynu. Szczęśliwie sąsiadka oświadczyła, że wraca do domu zobaczyć, czy tam czegoś nie trzeba uratować przed wilgocią i że w zasadzie już po wszystkim. Odeszli.

Poszedłem zobaczyć jak tam u mnie… Podczas mojej rozmowy z sąsiadami moja żona uznała, że nie rozumiem zagrożenia. W kuchni na ręcznikach stały głębokie talerze, na podłodze wielka micha. Wszędzie dookoła masa naczyń. A w nich wszystkich… może z łyżka wody jedynie. I do tego komentarz, że zlekceważyłem problem… Westchnąłem głęboko.


Najpierw pojawiło się zdarzenie. Z pewnością wymagało działania. No to było i działanie — w pierwszej kolejności wskazanie winnego. Byłem nim akurat ja. Potem nastąpiło odwrócenie ról, czyli wykazanie, że kwiatek był podlany nadmiernie. Wyznam, że był to ewidentny rewanż.

Potem zaczęły się działania skierowane już na samo sedno. Jedno z nich było odruchowe (gazety), drugie — dopasowane do sytuacji (ręczniki i telefon do sąsiada). Wszystkiemu „odruchowemu” towarzyszyło biadolenie, poczucie krzywdy oraz wizja odmalowywania całej kuchni. Wejście sąsiadów (zwłaszcza jednego) pokazało, że samo wyjaśnienie zjawiska, zapewnienie, że sytuacja jest już opanowana, to jednak za mało.

Uwidoczniła się za to potrzeba sąsiada, aby stać się znaczącym uczestnikiem wydarzenia, aby mieć poczucie wspólnoty z innymi, z ich emocjami. Ja zaś, będąc chłodnym i opanowanym, wiele popsułem.


Pojawiło się wspomnienie. Jako mały kajtek byłem na wakacjach. Mieszkaliśmy w wiejskiej chałupie. Nagle kot skoczył na stół, potem na piec i wyskoczył do przedsionka, ale… miska ze śmietaną spadła ze stołu na podłogę.

Łomatkoboska, łomatkoboska, łomatkoboska, łomatkoboska…!

Tak zaczęła zajmować się problemem babula. Dziadek wstał, pochylił się… łomatkoboska, łomatkoboska… podniół miskę i postawił na stole… łomatkoboska, łomatkoboska… tyle smietany!

Co tak matka jęczysz…? Miska nawet się nie stłukła, mój ojciec ją jeszcze wypalał… A i śmietana się nie wylała, ot tylko tyle, że kot wyliże do czysta.

... łomatkoboska, łomatkoboska…!


A włączenie ogrzewania zapowiedziane było na poniedziałek. Na pojutrze…

Nazajutrz odbyło się domowe konsylium. Zostałem poprowadzony do ściany, popatrzyłem (zgodnie z instrukcją) na wyschnięte już wodne ścieżki pod sufitem, wysłuchałem diagnozy oraz zaleceń zaczynających się od: … załatwisz jakąś farbę i… długi zestaw czynności w sprawie — na najbliższy tydzień.

Oznajmiłem, że w obecnej sytuacji przetarcie wilgotną ściereczką jest wystarczające i w ramach 25-sekundowego DEMO załatwiłem problem.


Wiem, że złośliwość ze mnie wychodzi… Ale jak ma nie wychodzić?

– Zegar w moim samochodzie się rozregulował, dobrze pokazywał, a teraz: nie wiadomo co… Pewnie to trzeba znaleźć w instrukcji, bo każdy samochód ma inny zegar…?

– Owszem…

– To ja chyba, jak będę zmieniała opony na letnie, poproszę panów w serwisie wulkanizacyjnym…

Po chwili do mej ręki trafia grubaśna instrukcja. Szukam, czytam… Oddaję.

– Zegar jest w indeksie pod literą ‚Z’. Opis prosty jak dla przedszkolaka… nawet bez przypisów i odnośników.

Tak trzeba rozmawiać z naukowcami.