Działanie

Będzie to opowieść. Krótka (zapewne; tak sądzę, bo dopiero zaczynam pisanie śledząc wydarzenia — to jak reportaż z pola bitwy). Na osiedlu przeprowadzono remont sieci grzewczej. Wczorajszego dnia — był piątek — znienacka włączono wszystko co trzeba i w kaloryferach zabulgotało. Równolegle pojawiła się ciepła woda w kranach. Józek wspomniał mi o tym, gdyż żona zarzuciła mu właśnie, że się tydzień nie mył. „I gadaj tu z babą, która latała się kąpać do siostry, że ja przecież nauczony mycia w zimnym górskim strumieniu…”

A wieczorem jego żona wpadła do pokoju (a udawał właśnie, że jest bardzo zajęty, żeby mu głowy nie zawracano) krzycząc: Idź do kuchni zobacz… Coś ty tam narobił…?!

Jako żywo Józek niczego w kuchni nie robił, ale gdy wszedł, zobaczył żonę stojącą nad czymś, co wyglądało na „widok z lotniczego bulaju na niziutko położone ogromne pojezierze”. Było mnóstwo błyszczących oczek wodnych, które gdzieniegdzie zlewały się w malownicze obszary, zapewne jeziora.

Ponieważ dzisiejszego dnia Józek nie zajmował się akurat kreacją kolejnych światów, uznał, że warto stwierdzić przyczynę. Spojrzał w górę. Po wiszącej u ściany szafce ściekała woda, która skapywała na blat, stąd zaś woda rozbryzgiwała się na „sztuczne ognie”, również widziane jakby z samolotu…

Spojrzał wyżej. Podlałaś zanadto mocno ten swój kwiatek” — powiedział i chciał wyjść, bo w końcu to nie jego kwiatek, ale w momencie, kiedy żona zaczęła mówić, że nie podlewała kwiatka, krzyknęła patrząc na sufit: Zobacz!”

Ze szczeliny między płytami (dla Józka — sufitowymi, ale sąsiad z góry miał inny pogląd) równiutko sobie kapało. Przeszedł do pokoju obok  żony… Tam również były niezłe widoki na widoki z samolotu… Możliwe, że Józek miał przez moment potrzebę poczekania na te wizje. Ale żona zaczęła się miotać.

Kiedy poszedł zobaczyć sufit w swm pokoju, słyszał wszelkie dźwięki związane z tym miotaniem. Możliwe, że żona próbowała opanować sytuację na sposób wiedźmiński, bo słyszał masę zaklęć. Ale na pewno skorzystała z zawsze skutecznych środków, z gazet. Gazeta zawsze była dobra na wszystko. Kiedy wszedł do kuchni — a chodził po mieszkaniu zawsze na boso — od razu gazety przykleiły mu się do stóp. Każdy może sobie to wypróbować, a zwłaszcza „jazdę swobodną” po mokrej podłodze. Podłożył więc wszędzie ręczniki zamiast gazet. To najlepszy system: można je wyżymać i układać na nowo, póki trzeba. A potem zadzwonił do sąsiada z góry, który był na swojej działce. Tan zaś wsiadł w samochód i w ciągu pół godziny uratował sytuację.

Wtedy właśnie Józka odwiedzili sąsiedzi z różnych mieszkań z dołu. Pan sąsiad przejętym głosem poprosił, by sprawdził, czy po jego rurze kaloryferowej spływa woda. Wyjaśnił sytuację najlepiej jak mógł. Sednem tej wypowiedzi było, że woda już zatamowana, że w szczelinach konstrukcyjnych może jeszcze zalegać, więc jej resztki będą się jeszcze pojawiać. Sąsiad ponowił jednak prośbę o sprawdzenie rury. Józek zaczął tłumaczyć, że woda zebrała się na podłodze nad jego mieszkaniem, że przez kolejne pomieszczenia dotarła do najodleglejszego pokoju, natrafiła na otwór przy rurze, więc ścieka. Zażądał, aby Józek jednak sprawdził. Tymczasem po sąsiadce (z innego mieszkania) Józek zauważył, że ona już zrozumiała. Podszedł do kąta swego pokoju, sięgnął ostentacyjnie, pomiędzy meblami, w kąt pokoju, odnalazł rurę i popatrzył na swoje palce. Była na nich drobina wilgoci. Wyjaśnił więc, że woda zawsze spływa w dół, zatem jeśli z 4 piętra pojawiła się u niego na parterze, przy rurze, tej samej, co przebiega przez ten pokój, to nie musiał sprawdzać, czy ta rura jest mokra.

Wtedy sąsiad pouczył go, że powinienem pousuwać sterty książek, potem odsunąć ogromniasty regał i dopiero wtedy sprawdzić wilgotność rury. Józek tylko prychnął z niechęcią… Sąsiad jednak uznał, że trzeba koniecznie coś zrobić. Wezwać pogotowie hydrauliczne. Józek powtórzył, że sąsiad z góry przecież już wrócił i woda już nie leci. Usłyszał na to kilka pomysłów, na które mógł odpowiedzieć tylko to, że pozostaje jedynie czekać, aż resztka wody spłynie do końca i na to, że po trochu wilgoć odparuje…

Popatrzył na Józka jakbm zupełnie i nigdy nie był człowiekiem czynu. Szczęśliwie sąsiadka oświadczyła, że wraca do domu zobaczyć, czy tam czegoś nie trzeba uratować przed wilgocią i że w zasadzie już po wszystkim. Odeszli.

Józek udał się zobaczyć jak tam u niego… Podczas rozmowy z sąsiadami jego żona uznała, że Józek nie rozumie zagrożenia. W kuchni na ręcznikach stały głębokie talerze, na podłodze wielka micha. Wszędzie dookoła masa naczyń. A w nich wszystkich… może z łyżka wody jedynie. I do tego komentarz, że Józek — jak zawsze — zlekceważył problem… Westchnął głęboko.


Najpierw pojawiło się zdarzenie. Z pewnością wymagało działania. No to było i działanie — w pierwszej kolejności wskazanie winnego. Był nim akurat Józek. Potem nastąpiło odwrócenie ról, czyli wykazanie, że kwiatek był podlany nadmiernie. To był to ewidentny rewanż.

Potem zaczęły się działania skierowane już na samo sedno. Jedno z nich było odruchowe (gazety), drugie — dopasowane do sytuacji (ręczniki i telefon do sąsiada). Wszystkiemu „odruchowemu” towarzyszyło biadolenie, poczucie krzywdy oraz wizja odmalowywania całej kuchni. Wejście sąsiadów (zwłaszcza jednego) pokazało, że samo wyjaśnienie zjawiska, zapewnienie, że sytuacja jest już opanowana, to jednak za mało.

Uwidoczniła się za to potrzeba sąsiada, aby stać się znaczącym uczestnikiem wydarzenia, aby mieć poczucie wspólnoty z innymi, z ich emocjami. Józek zaś, będąc chłodnym i opanowanym, wiele popsuł.


W tym momencie pojawiło się u mnie jedno wspomnienie. Jako mały kajtek byłem na wakacjach. Mieszkaliśmy w wiejskiej chałupie. Nagle kot skoczył na stół, potem na piec i wyskoczył do przedsionka, ale… miska ze śmietaną spadła ze stołu na podłogę.

— Łomatkoboska, łomatkoboska, łomatkoboska, łomatkoboska…! 

Tak zaczęła zajmować się problemem babula. Dziadek wstał, pochylił się… łomatkoboska, łomatkoboska… podniół miskę i postawił na stole… łomatkoboska, łomatkoboska… tyle śmietany!

— Co tak matka jęczysz…? Miska nawet się nie stłukła, mój ojciec ją jeszcze wypalał… A i śmietana się nie wylała, ot tylko tyle, że kot wyliże do czysta.

— ... łomatkoboska, łomatkoboska…!


A włączenie ogrzewania w bloku Józka zapowiedziane było na poniedziałek. „Na pojutrze”…

Nazajutrz odbyło się domowe konsylium. Józek został poprowadzony do ściany, popatrzył (zgodnie z instrukcją) na wyschnięte już wodne ścieżki pod sufitem, wysłuchał diagnozy oraz zaleceń zaczynających się od: … załatwisz jakąś farbę i… długi zestaw czynności w sprawie — na najbliższy tydzień.

Oznajmił więc, że w obecnej sytuacji przetarcie wilgotną ściereczką jest absolutnie wystarczające i w ramach zaledwie 25-sekundowego DEMO załatwił problem.


Wiem, że złośliwość ze mnie wychodzi, kiedy mam do czynienia z takimi opowieściami… Ale jak ma nie wychodzić? Znacie coś podobnego?

Zegar w moim samochodzie się rozregulował, dobrze pokazywał, a teraz: nie wiadomo co… Pewnie to trzeba znaleźć w instrukcji, bo każdy samochód ma inny zegar…?

Owszem…

To ja chyba, jak będę zmieniała opony na letnie, poproszę panów w serwisie wulkanizacyjnym… (manipulacja na ambicji)

Po chwili do mej ręki trafia grubaśna instrukcja. Szukam, czytam… Oddaję.

Zegar jest w indeksie pod literą ‚Z’. Opis jest prosty akurat jak dla przedszkolaka… nawet bez przypisów i odnośników.

Tak trzeba rozmawiać z naukowcami.