Sytuacja nr 1. Dziecko

„Chowanie pod kloszem” jest formą powstałą poprzez skrzyżowanie dwóch motywacji. Jedną z nich jest potrzeba dawania ochrony, która często ma jako uzasadnienie chronienie niewinnej dziecięcej duszy. Drugą — osobista potrzeba zachowania swojej roli obrońcy.

Potrzeba ochrony przez blokowanie dziecku dostępu do wiedzy o zagrożeniach może mieć nie tylko podłoże związane z oszczędzeniem kontaktu ze złem, ale wiązać się z niepokojem, że dziecko może poddać zwodniczej sile zła. Czyli — zagustować w nim.

Powyższe podsuwa koncepcję bycia najważniejszą, podstawową siła chroniącą. Jak zwykle istnieją co najmniej dwie strony zjawiska. Nie daje się bowiem uniknąć egoistycznej, osobistej satysfakcji z bycia osobą odpowiednią i odpowiedzialną. Może to dodatkowo skutkować odsuwaniem innych ludzi od pełnienia podobnej roli. Nazwijmy to wyraźnie, tak wygląda zaborczość.


Zaborczość ma istotną cechę: stajemy się istotami władającymi, a więc władcami. Włada się tym, co się posiada, czym się dysponuje. Zatem dziecko w takim układzie jest przedmiotem. Nie wdając się w opisywanie rozmaitych zachowań z zakresu zarządzania przedmiotami ustalmy, że w przypadku dzieci najczęściej temu towarzyszy silna… czułostkowość. Sądzę, że jest ona pewną oczywistą emocją, ale funkcjonującą jako uzasadnienie. Uzasadnia się w ten sposób własne pozytywne zamiary oraz „dobry związek”. Robi się to dla siebie (aby uniknąć wewnętrznego rozdarcia; mowa o dysonansie poznawczym) oraz dla obserwatorów.

Ludzie dorośli bardzo łatwo wchodzą w rolę osoby władajacej. Może to być nieświadome, może też po prostu wiązać się z pełnioną rolą „osoby odpowiedniej i odpowiedzialnej”. Tyle, że trzeba być świadomym, że zarządzanie rzeczami i procesami różni się od kierowania ludźmi. To drugie wymaga kolejnej, innej świadomości. Należy odróżniać kierowanie ludźmi posiadającymi ukształtowaną autonomię, od kierowania tymi, którzy tę autonomię posiadają w formie mało ukształtowanej.


Zarządzanie dzieckiem, nawet w otoczce niczym nie sfałszowanej miłości, nie potrafi uniknąć poważnego błędu. Jego następstwa mogą szybko się rozmyć, ale mogą też wycisnąć piętno na całe życie dziecka. Jest to uznanie go za istotę mało rozumiejącą. I częste nie liczenie się z dzieckiem. Jeśli nawet bywa to czasem argument, to pomija się fakt, że rozumienie rzeczywistości przez małe dziecka odbywa się przez emocje. Te akurat przy tak małej dawce doświadczenia funkcjonują bazując na instymkcie. Nie mamy wpływu na to, co dziecko uznaje za sytuację zagrożenia i jak szacuje jego poziom. Fakt, że dziecko popełnia masę pomyłek wiąże się nie z tym, że dziecko jest głupiutkie, ale że te błędy prowadzą do poznania, że… są błędami. Bo właśnie tworzy się „program zachowań”. Dziecko się uczy życia.

Jeśłi nie ufacie koncepcji poznawania przez emocje, niech was przekona niezwykle wyraziste zjawisko świadczące, że małe dziecko jest bardzo reaktywne. Jest to swoisty rezonans emocjonalny z matką. Matka sama w sobie, jest w przydzielonej przez naturę roli, significatur per magistra vitae. Toteż płacz matki, jej obecne emocje, wywołują płacz dziecka, chociaż ono jeszcze nie jest w stanie znać przyczyn oraz ich znaczenia; chociaż pierwotne emocje odnoszą się wyłącznie do matki.


Może to będzie znaczny skrót myślowy, kiedy stwierdzę, że wielu czytających to dorosłych uzna całą sprawę za burzę w szklance wody. Ale nie znają powodu, co ich pchnęło do takiej myśli. Otóż to, że kiedy byli dziećmi, w ich obecności dorosli lekceważąco wypowiadali się o ich sprawach i prawach. A tymczasem dziecko po trochu dorasta do tego, by być bytem w szczególny sposób identyfikowalnym, że wyczuwa się jego stany i potrzeby, że ma się do niego szacunek, a więc się go nie lekceważy, nie poniża, nie odbiera nadziei… Dziecko dorasta do stawania się bytem autonomicznym.