Empatia

Z empatią jest najgorzej. A zwłaszcza, kiedy się o niej wspomina w survivalu.

Tzw. „kark” uważa, że mężczyzna empatyczny ma to samo znaczenie, co facet-cipa. Z drugiej strony napływają wieści, że ludzie empatycznie ograniczeni to po prostu psychopaci. Słyszymy co rusz, że w jakieś sytuacji byliśmy zbyt empatyczni, rozkleiliśmy się, a efekt… lepiej o nim nie mówić. Za to w innej sytuacji — kiedy akurat uznaliśmy, że postąpiliśmy tak jak trzeba — ujrzeliśmy spojrzenia ukazujące smutek, żałosne politowanie a nawet pogardę, bowiem… „pożałowaliśmy odrobiny empatii”. Ale kiedy następnym razem dokonaliśmy przełomu i czuliśmy zadowolenie z siebie, usłyszeliśmy coś w rodzaju: „Zupełnie odleciałeś… od ludzi trzeba nieco wymagać, a nie ot, tak…”

Żeby nie brnąć dalej miotając się między samooskarżaniem, poczuciem winy, kajaniem się, emocjonalną mobilizacją, naprawianiem krzywd, wymaganiem od siebie, wymaganiem od innych, nadmiernym litowaniem się, pobłażliwością, samopoświęcaniem a czymś tam jeszcze — ustalmy jedno: nasza wędrówka przez życie nie oznacza, że raczkujemy, ani nie drepczemy, czasem nawet nie biegniemy jedynie. My posługujemy się samochodem w człowieczym wydaniu.

Czy nie jest tak, że wielu ludzi wsiada do samochodu i rusza; po jakimś czasie wraca na miejsce parkowania i wysiada? A inni sprawdzą przedtem ciśnienie w oponach. I stan oleju. I podjadą do warsztatu, żeby wymienić klocki hamulcowe. Bo nasz samochód posiada i napęd, i kierownicę, i hamulce… Do tego mamy pomysł którędy i dokąd pojedziemy. Doświadczony kierowca ma swój samochód, który potrafi — w zależności od potrzeb — uczynić ciężarówką, jeżdżącym dźwigiem lub koparką, wozem strażackim czy terenówką. Za każdym razem jest to posłużenie się zupełnie odmiennym wyposażeniem. Aby docelowy wariant naszego pojazdu był w pełni skuteczny, trzeba zestawić cały zespół elementów. Nie da się jeździć w terenie zabierając wyciągarkę i podnosząc zawieszenie, ale pozostawiając na felgach opony wyścigowe.

Tak jest i z empatią. O ile jedni nazywają ją „zdolnością wczuwania się w położenie innych ludzi”, to drudzy mają na myśli „odczuwanie stanów emocjonalnych drugiego człowieka, współprzeżywanie”. To nie jest to samo. Bo jeżeli wczujemy się w czyjś psychiczny ból, to niewyposażeni w odporność oraz racjonalne ocenianie sytuacji, będziemy tylko razem szlochać. Jeżeli zabraknie mam zdolności do działania, to będziemy tylko widzami. Jeżeli nie posiądziemy umiejętności znajdowania różnych dróg rozwiązań a skorzystamy jedynie z odruchu pomagania, to będzie nas można skłonić do nieustannego uwijania się koło cudzych problemów, bo nie potrafimy nieszczęśników zmotywować do wzięcia się za swoje sprawy…

Sztuka przetrwania ma oznaczać „pełnię życia”. W każdym zakresie. Znam ludzi, dla których pełnią życia jest możność nażarcia się, nachlania, nasiedzenia z kumplami i poklepywania się po plecach, bo tak dobrze się rozumiemy… W zupełnie innym miejscu piszę, że nasz survival wymaga tworzenia sobie osobistej niszy zapewniającej przetrwanie (nawet jego komfort) w zespoleniu z innymi niszami. To oznacza możność współrozumienia, współdziałania, współtworzenia. To oznacza aktywność w budowania zaplecza z własnych sojuszników. Błędem jest wybór sojuszników jedynie z „ludzi wesołych”, bo tak nam dobrze się żyje. Nawet jeżeli są to wspaniali ludzie, to są „jedynie kabrioletami”. Błędem jest także brak dbałości o to, by nasi sojusznicy mogli być sprawniejsi i doskonalsi… Stąd właśnie bierze się konieczność przekazywania zdobytej wiedzy. Gdyby rozwijać ten wątek, to warto dodać, że wiedza nie pochodzi jedynie ze słownych przekazów, ale z osobistego doświadczania, a w tym współprzeżywania stanów i sytuacji dzielonych z innymi.