Dla romantyków

Świat bywa ważony. I mierzony. Ktoś potrafi wziąć go pod lupę i śledzić jego przejawy życia. Potem powstają zapiski pełne mądrości. A poeta powiedział przecież, że są takie rzeczy, co przemawiają mocniej niż oko mędrca, i jego powiększające szkiełko… Ja też to robię. Ale świat nie składa się z wag i rozmiarów. Ma swoje wartości praktyczne. Ma też to coś, co porusza nasze zmysły i odwołuje się do emocji. A ciężko nam żyć bez tego…


Pisanie na życzenie — dla Małgorzaty Ch.

Las jest zajęty sobą.
To lepsze powiedzenie, niż to, że las żyje. Człowiek także jest zajęty sobą. I to również jest lepsze określenie. Człowiek zbliżający się do lasu wie, że przed nim jest las. Jest zajęty swoim marszem ku ścianie drzew, a potem wchodzeniem między nie. A potem zajmuje się swoim byciem w lesie… Są to zazwyczaj poszukiwania smacznych owoców malin lub czarnych jagód. Albo grzybów. Pojawia się też ciekawość, czy zobaczy się sarnę, albo czy uda się umknąć przed dzikiem, gdyby… Tak mija czas i człowiek wraca do domu. To się nazywa „byłem w lesie dzisiaj”.

DSC04827

Ludzie mieszkający tuż obok lasu tak nie mówią. Mieszczuch nie uruchamia mózgu oraz narządów mowy, ani nie skupia na sobie żadnej uwagi tylko po to, by wypowiedzieć zdanie: „Byłem dziś w łazience…” Do lasu chodzi rzadko. Jeśli wychował się na wsi — nieco częściej, bo brakuje mu smaku grzybów w potrawach i woli liczyć na swoje zbiory, niżby miał za coś takiego płacić. Wchodzi do lasu, bierze to, po co przyszedł, i wraca do domu. Obojętnie.

Nie obciążam nikogo bezmyślnością, brakiem emocjonalności czy obojętnym stosunkiem do lasu. Bo las jest zajęty sobą. Nie robi niczego „pod nas”, nie podlizuje się, ani nie łasi… Ale swoje wie. To nie jest jedynie porzekadło: nie było nas, był las. Człowiek mierzy wszystko ludzką miarą, napina swoje mięśnie albo ogląda swoją gładziutką skórę w lustrze, cały pełen zachwytu, a tymczasem… pokonują go małe, niezauważane i pomiatane bakterie.

Las swoje wie. Jemu jest wszystko jedno, że człowiek weń wkroczył. Tylko dla niektórych las otwiera swoją duszę, i też nie do końca. Bo z lasem trzeba się przespać. Nie nie… wy tylko jedno macie w głowie. Kiedy do lasu wchodzi ten, który czuje, las sam mu uchyla swej kołdry. I ten ktoś wie na pewno, że będzie tu spał. Las daje mu wszystko, czego będzie potrzebował: miękkie mchy jako posłanie, materiał na zbudowanie zadaszenia, susz na opał. Powoli wygasza światła i wycisza wnętrze.

Póki pali się ogień, jesteśmy spokojni. Za plecami — i wokół nas — zagęszcza się czerń. Wiemy, że w niej coś siedzi, coś nas obserwuje, może się skrada… Ale ogień, właśnie ogień nas chroni. Sam las obawia się ognia. Chociaż… wpuszczając nas dał nam chyba do zrozumienia, że nam ufa. Nie zrobi nam chyba głupiego dowcipu. Tymczasem szum ognia, trzaskanie gałązek i wystrzeliwanie iskierek dodaje nam otuchy. I tak pojawia się konieczność, aby przynieść jeszcze trochę drewna. Odchodzimy od centrum światła i ciepła, i z każdym krokiem czujemy, że im dalej od niego, tym bardziej „inaczej” — ale wzrok przyzwyczaja się do ciemności, w nozdrza (i pod powieki) nie wciska się natrętny dym. Jesteśmy w całkiem nowym świecie!

W żadnym przypadku nie przypominajcie sobie żadnych horrorów. Ja to kiedyś zrobiłem (choć odganiałem te myśli) i mimo, że specjalnie ich nie lubiłem i nie oglądałem, one zrobiły swoje. Wiem, że nie czytacie tego będąc nocą w lesie, zatem nie robię teraz niespodziewanego zamieszania. Bo to, co może nas najbardziej skrzywdzić nocą w lesie — siedzi w naszych głowach. I lepiej tego nie zapraszać do rozmowy…

Kiedy nasze uszy doznają tego wrażenia, ze nie jesteśmy tu sami — nam to już wystarcza. Jak to dobrze, że od razu przypomina nam się, że lasowi trzeba wierzyć, bo on nie ma złych zamiarów. Możemy wciągnąć powietrze i pomyśleć, że ten jeż w ciemnościach również zamarł w bezruchu czując naszą bliskość. Odzywający się puszczyk potwierdza, że wszystko w porządku — jest i czuwa.

Za to rano… Rano czujemy wyraźnie, że to jeszcze nie pora na wstawanie, ale ptaki o tym nie wiedzą. Splatają swe głosy w coś, co zapewne nazwalibyśmy symfonią natury, ale my wiemy, że jest to gęsta i słodka konfitura, a my jesteśmy zanurzoną w niej truskawką (niektórzy wolą — wisienką), i że te wszystkie pienia, wibracje i łaskotania otaczają nas z lewej, z prawej, zewsząd… są nawet w nas, w środku… I wtedy naprawdę szybko musimy pobiec w bok, aby nie doznać nadmiaru wilgoci…!


Dokąd biegnie ta napisana sarna przez napisany las?
Czy z napisanej wody pić,
która jej pyszczek odbije jak kalka?
Dlaczego łeb podnosi, czy coś słyszy?
Na pożyczonych z prawdy czterech nóżkach wsparta
spod moich palców uchem strzyże,
Cisza — ten wyraz też szeleści po papierze
i rozgarnia
spowodowane słowem „las” gałęzie,
Nad białą kartkę czaję się do skoku
litery, które mogę ułożyć się źle,
zdania osaczające,
przed którymi nie będzie ratunku.
Jest w kropli atramentu spory zapas
myśliwych z przymrużonym okiem,
gotowych zbiec po stromym piórze w dół,
otoczyć sarnę, złożyć się do strzału,
Zapominają, że tu nie jest życie.
Inne, czarno na białym, panuję tu prawa,
Okamgnienie trwać będzie tak długo, jak zechcę,
pozwoli się podzielić na małe wieczności
pełne wstrzymanych w locie kul,
Na zawsze, jeśli każę, nic się tu nie stanie.
Bez mojej woli nawet liść nie spadnie
ani źdźbło się nie ugnie pod kropkę kopytka,
Jest więc taki świat,
nad którym los sprawuję niezależny?
Czas, który więżę łańcuchami znaków?
Istnienie na mój rozkaz nieustanne?
Radość pisania,
Możność utrwalania,
Zemsta ręki śmiertelnej.

Wisława Szymborska


Ujrzałem życie i poczułem
falujące powietrze
i ciepło na mojej skórze

A wtedy urodziłem pieśń
której ciało musiało posłuchać

Moje ciało jest mi posłuszne
Nie pobiegnie donikąd samo
Nie pogniecie mozołu mrówek
Ani nie wypłoszy z ukrycia kosa
bo niby pieśń jego składniejsza

Kiedy tańczę to wiem
że to świat wiruje po nutach
z jednej na drugą skacząc
I wtedy dopiero wiem
że umykamy losowi

Wtedy niepokój ulata
bo myśl mi jedna wtóruje
że ktoś losowi przeszkodzi
kiedy ja śpiewać przestanę
A to mi całkowicie wystarcza
Dlatego śpiewam…

Wisławie…